Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 756 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Hafty, miód , pierniki i wino też kosze i różne wyroby z wikliny - Madera

wtorek, 21 lutego 2017 22:34

        www.polskiemuzy.pl                                                         www.pielgrzymki.szczecin 
 
   ---------------------------------------------------------------------------------- 
 Polecam elektroniczne wydanie czasopisma - "Barwy Szkła" 
       
                www.barwyszkla.pl  
 
 Warto tam zajrzeć !
 

baner barwy szkla.jpg...

 www.barwyszkla.pl 

 

...

Wszechobecne obrazki

funchalwino.jpg...

Na każdym kroku - wino , owoce i kosze...

funchal wiklina.jpg...

 

Nic w tym dziwnego, że kochankowie tam szukają schronienia jak pewna para polityków z Polski... 

--------------------------------------------------------------------------------------------

Hafty, miód , pierniki i wino też kosze i różne wyroby z wikliny to znaki rozpoznawcze Madery.
W hafty bogate są bluzki , obrusy, pościel, serwetki i sukienki. Miodem raczą się chorzy , znawcy i zwykli ludzie. Pierniki lubią głównie dzieci i starsi. A wino jest po to, by rozkoszować się jego smakiem. Z wczesnego dzieciństwa zapamiętałam meble wiklinowe w pokoju moich rodziców - dużą kanapę z wikliny z miękkimi poduszkami, dwa wiklinowe fotele i wiklinowy, okrągły stół a w kuchni wiklinowy, duży kosz na warzywa. Dlatego lubię wiklinowe małe i duże cacka. Nawet ostatnio kupiłam sobie okrągłe lustro w wiklinie, chociaż luster u mnie nie brakuje... Wisi na szafie w przedpokoju, bo miejsca na ścianie zabrakło... Kiedyś często stroiłam się w haftowane rzeczy, mam sporo haftowanych serwetek i obrusów, rzadko je używam, a właściwie to od dawna odpoczywają w szafie bo pracochłonne, teraźniejsze serwety i obrusy nie wymagają tyle zachodu... Chusteczki i serwetki z misternymi koronkami z Madery to wymarzony zakup na drobne prezenty. Miód zawsze obecny w mojej kuchni... Ten z Madery wyjątkowy, głównie dlatego, że z Madery... Ciasto piernikowe, według rodzinnego przepisu, bolo de mel, na bazie miodu i melasy też czasem gościło na moim stole jak i wino... Jedno i drugie zmieści się w podróżniczej torbie , można to sobie przywieźć jako gościniec z podróży. Wszystko to co u nas, mimo że trochę inne, też dostępne w krainie wiecznej wiosny, która tak ponętnie przemawia tym wszystkim , co lubię . Nie wszystko jednak lubię . Nie przepadam za słodkimi winami, najbardziej smakują mi wytrawne. A jednak, wyjątkowo zasmakowała mi czerwono - brązowa malvasia , aromatyczna i słodka. W dawnym klasztorze franciszkańskim, w którym kolejno mieściły się - szpital i więzienie, obecnie funkcjonuje winiarnia, gdzie wino dojrzewa w dębowych beczkach. Podobno do każdej butelki trafiają mieszanki poszczególnych roczników, a jedynie wino typu vintage dojrzewa około dwudziestu lat i nie jest mieszanką różnych roczników. Gdzieś " tam" w wirtualu pewna kobietka napisała, że z Polski na Maderę jeżdżą sami pijacy... Kto wyłącznie w takich celach podróżuje, dużo traci. Nie sądzę , by ktoś specjalnie wybierał się na Maderę , by się upijać i rozrabiać , jak o wiele taniej i bezpieczniej może to robić w kraju. Co innego jak się przy okazji wycieczki nieszkodliwie wpadnie w objęcia Bachusa... Z radości i z nadmiaru piękna można zatracić się w egzotycznych trunkach, w tak egzotycznie odmiennych warunkach przyb taktach regionalnej muzyki, która rozgrzewa członki, a nogi zmusza do tanca. Atmosfera żywcem wzięta z naszych rodzimych wesel. Kiedyś z takich miejsc, jak Madera, przywoziło się różne niedostępne alkohole, ale teraz nie ma takiej potrzeby, bo w miejscowych sklepach jest ich duży wybór. Co najwyżej przywiezie się ze sobą jakąś symboliczną, oryginalną butelkę z ulubionym smaczkiem... U mnie uchowało się wino z 2000 roku z Kany Galilejskiej, przywiezione z pielgrzymki do Ziemi Świętej, jest bardziej klarowne niż było... Z każdej interesującej podróży można sobie taką ,wybraną butelczynę przechować na dłużej i patrząc na nią , delektować się smakiem wspomnień.
Wino z Madery ma prawdopodobnie kartagińskie korzenie. Fenicjanie znacznie przysłużyli się do rozwoju winiarstwa. Kartagina była jedną z kolonii fenickich, która stała się stolicą Imperium Kartagińskiego. Kartagiński  traktat rolniczy nawiązywał do uprawy winorośli, udzielał rad, gdzie założyć winnicę, by uprawa była skuteczna. Polecał wybierać nasłonecznione stoki. Z dużą znajomością opisywał różne gatunki win. Bardzo popularne było kartagińskie passum, wino z winogron na trzcinach cukrowych, które spożywali nieliczni, podobnie jak to jest obecnie z lepszymi, drogimi gatunkami win. Jak już cofnęłam się tyle lat wstecz, to przypomnę , że Fenicjanie upowszechnili amfory jako pojemniki na wino.
Na podstawie tego winnego rodowodu można stwierdzić , że wino z Madery swą smakową kunsztowność zawdzięcza Kartaginie i Fenicjanom.
In garum veritas. Kiedyś lekiem prawie na wszystko i polepszaczem różnych potraw był poddawany długiej fermentacji sos z ryb z dodatkiem solanki, dodawano go również do wina. Miało to specyficzny, nie zawsze przyjemny posmak, nie mówiąc o zapachu. Czego to człowiek nie wypije i nie zje jak choćby kiszoną kapustę ubitą gołymi stopami albo pieczarki wyrosłe na bazie nawozu końskiego i żeby tylko to ... Współcześnie technologia produkcji wina przedstawia się nieco inaczej, bez tych rybnych, zgniłych dodatków, dlatego chociaż podobno wino z Madery pochodzi z Kartaginy, gdzie rybim polepszaczem je doprawiano, to znajduje licznych smakoszy . Teraz też używa się podobnie "szlachetnych" polepszaczy... Podzielę się ciekawostkami .
W 1515 roku na dworze francuskiego króla Franciszka I po raz pierwszy pojawiło się wino z Madery i prawdopodobnie przekazali je piraci. Po podpisaniu Deklaracji Niepodległości , 4 lipca 1776 r., Thomas Jefferson wzniósł toast szklaneczką madery. Było to ulubione wino Jerzego Washingtona i Benjamina Franklina. W XIX w. osiągnęło szczyty popularności na królewskich , europejskich dworach i miało wysoką cenę . Wino to zawędrowało też do carskiej Rosji, robiąc furorę na stołach możnowładców. Najdłuższym wyjazdem z kraju, po odzyskaniu niepodległości przez Polskę w 1931 r., był trzymiesięczny wyjazd Józefa Piłsudskiego na Maderę i z pewnością też nasz Marszałek raczył się tam tym wykwintnym winem... O Jego pobycie na Maderze więcej będzie w relacji o polonikach.
Maderą winem najbardziej delektować się można , popijając z pięknego kieliszka i podziwiając zachód słońca nad oceanem, czego życzę Wszystkim,  czytającym te słowa... W czasie pływania statkiem wokół Madery można obserwować morskie zwierzątka w aurze, szczególnie tego, maderskiego wina, które można degustować w każdej restauracji i tawernie. Godny polecenia jest likier kasztanowy z jadalnych kasztanów. Atrakcje są tam na każdym kroku, aż chwilami od nadmiaru cudowności pobolewa głowa... Warto tam wybrać się co najmniej na dziesięć dni bo trzy czy cztery dni to harówka nie odpoczynek. A póki co ... to w domowych pieleszach żyjcie marzeniami a nie jedynie polityką...
PS. Przynudziłam... Ilu dotrwało do końca tej opowieści ?


Podziel się
Tagi: wino, wiklina, haft

komentarze (1) | dodaj komentarz

Karpaty - cz.I

niedziela, 14 kwietnia 2013 22:31

 

 

 

 

Karpaty

 

Rohacze, Tatry Zachodnie

 

Pasmo górskie w środkowej Europie, najwyższy szczyt - Gerlach - 2655 m n.p.m. -  Karpaty Zachodnie, Karpaty Wschodnie i Karpaty Południowe. W ostatnich kilku stuleciach aż do poł. XIX w. nazwy Karpaty, Krępak (także Krapak itp.) i Tatry były  stosowane każda z osobna lub równocześnie jako synomimy na oznaczenie albo  całych Karpat, albo wyłącznie Tatr. U niektórych pisarzy z owych czasów nazwa  Karpaty oznacza same Tatry.

 

Tatry Wysokie, widok z Krzyżnego

Tatry Wysokie

 

Z przewodnika górskiego dowiadujemy się, że :

"Wielkopolanin rodem z Piły - Stanisław Staszic napisał w latach 1805-1810 obszerną pracę:

"O ziemiorództwie Karpatów i innych gór i równin Polski".

Pierwsze wydanie jego pracy ukazało się nakładem Drukarni Rządowej w Warszawie w 1815 roku. Po II wojnie światowej  wydano ją nakładem Wydawnictwa Geologicznego, Warszawa 1955. Jest to praca napisana od początku do końca całkowicie w języku    polskim i  co do tego nie ma najmniejszej                wątpliwości. Uważna lektura Rozprawy VII,  z tego dzieła, zatytułowanej: "O górach pierwotno - warstwych", przynosi miłą  niespodziankę miłośnikom Sudetów. We  wspomnianym rozdziale Staszic napisał o budowie geologicznej Karkonoszy, Gór Izerskich i Pogórza Izerskiego. Załącznikami do pracy Staszica były mapy zwane przez niego "kartami geologicznymi". Na karcie "D" w lewym dolnym fragmencie, zaznaczył Staszic za pomocą symbolicznych kopczyków m.in. Góry Welikońskie, czyli dzisiejsze Karkonosze.

 

 

 Zapraszam do wędrówki po górach. Były Bieszczady, teraz na szlaku - Karpaty... Krajobrazy, ludzie i zwierzęta.

 

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=cIKcvJTPEkE

 

 

 

Pasterz z owcami.

W Karpatch możemy spotkać niedźwiedzia brunatnego

 

 

Panorama Gór Kaczawskich -

 

Panorama Karkonoszy z Góry Szybowcowej w Górach Kaczawskich

 

Nie byłoby Karkonoszy bez legend.

Legenda o Trzech Świnkach

Legenda pochodzi z książki Urszuli i Aleksandra Wiącków „Legendy Karkonoszy i Okolic”, wydanej w roku 1984 przez Wojewódzki Dom Kultury w Jeleniej Górze.

"Duch Gór chciał kiedyś poznać życie i pracę ludzi. Przybrał więc postać młodego chłopaka i zszedł ze szczytów Karkonoszy do Piechowic, pytając o pracę. Znalazł zatrudnienie jako pasterz świń u gospodarza Antoniego Glądały i kazał zwać się Jankiem. O gospodarzu opowiadano, że był tak chytry, iż kazał swego syna po śmierci nagiego pochować w ziemi, w trosce o to, by koszula i portki jego nie zgniły w ziemi bezużytecznie. Glądała miał sześćdziesiąt świń i zatrudniał przy nich sześciu świniarzy. Tak więc Jankowi przypadło pilnować dziesięć świń za dwa grosze żelazne dziennego zarobku.

Chodził więc Duch Gór ze swą dziesiątką po lasach, nad potokami i po łąkach, gdzie kwitły kwiaty, słońce przygrzewało i ptaki pięknie śpiewały. Co tydzień kontrolował gospodarz świnie, ważył je i instrukcji pasterzom udzielał. Już po dwóch tygodniach stwierdził, że Janek jest lepszym pasterzem od innych, a nadzorowane przez niego świnie są zdrowsze, czyściejsze i szybciej rosną niż inne. Zwolnił więc jednego z pasterzy, a stado jego przydzielił Jankowi i w ten sposób Duch Gór już nie dziesięć, lecz dwadzieścia świń codziennie pasał. W kilka dni później, gdy zobaczył, że u Janka nadal jest wszystko w porządku, oddalił następnych dwóch pasterzy, powiększając mu stado do czterdziestu sztuk. Nie podwyższał mu jednak wynagrodzenia, ciesząc się, że na tym zarobił. W dwie niedziele później Janek pasł już całe stado za te same pieniądze.

Jesienią, gdy już dni w górach były chłodniejsze, Janek oświadczył Glądale, że chce się zwolnić i powędrować w świat, by lżejszego chleba poszukać.

- Nowego pasterza szukajcie sobie gospodarzu od świętej Urszulki – powiedział – Naszykujcie mi pieniądze zarobione u was.

Zmartwiły te słowa Glądałę. Pojął, że utraci dobrego i taniego świniopasa. Zaczął więc go namawiać, by pozostał u niego chociaż rok. Nawet przyrzekł podwyższyć wynagrodzenie o pół grosza dziennie. Janek jednak nie ustąpił. Trzy dni i trzy noce piechowicki gospodarz spać i jeść nie mógł ze zmartwienia. W łóżku przewracał się z boku na bok, schudł nawet, rozmyślając jak Janka zatrzymać. Znalazł w końcu sposób. Którejś nocy zakradł się do chlewni. Wybrał trzy najlżejsze sztuki, włożył do worka, na plecy zarzucił i w Karkonosze je poniósł. Z wielkim trudem, po kilku odpoczynkach wdrapał się na Szrenicę. Przywiązał świnie do wbitych w ziemię pośród krzaków kosodrzewiny palików, a na drugi dzień powiedział do Janka:

- No! Jeśli tak bardzo chcesz odejść to odejdziesz, ale wpierw muszę sprawdzić ilość świń oddanych ci w opiekę. Uśmiechając się chytrze policzył świnie, a potem udał zdenerwowanego. - Nie wypłacę ci zarobionych grosików, ponieważ nie pilnowałeś mojego dobytku. Brakuje trzech świń! Chyba je ukradłeś i sprzedałeś! Musisz teraz pozostać u mnie przez dziesięć lat, by pracą wyrównać me straty.

Duch Gór wiedział jednak o podstępie Glądały. Chwycił go za kołnierz, na plecy sobie zarzucił i zaniósł na szczyt Szrenicy. Tu postawił go na ziemię i cicho wyszeptał jakieś słowa. Pobladły ze strachu Glądała, zobaczył wtedy, jak, ukrywane przez niego w krzakach kosówki, świnie szybko zaczęły stawać się coraz większe. Gdy już tak urosły, że były wielkie jak domy, pękły z hukiem, przemieniając się w trzy granitowe skały.

WARTO TE SKAŁY ZOBACZYĆ Z BLISKA...

 

 Trzy Świnki w Karkonoszach - amw1@go2.pl

 

 Trzy Świnki w Karkonoszach

Granitowe skały na południowo-wschodnim stoku Szrenicy, po obu stronach Drogi Przyjaźni. Kilkumetrowe skałki o bajkowych kształtach, otoczone zewsząd kosodrzewiną, wznoszą się na wysokości 1290 m n.p.m. Dostępne są również szlakiem prowadzącym z Hali Szrenickiej do schroniska Pod Łabskim Szczytem.


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

Bieszczadzkie impresje...

środa, 10 kwietnia 2013 11:28

 

 

 

 

Bieszczadzkie impresje...

 

 Od zawsze słyszałam, że Bieszczady to azyl spokoju. Osiedlali się tam ludzie, którzy dość mieli współczesnego świata. Uciekali tam, by poczuć wolność... Marzyciele... Idealiści... Samotnicy...

 

 "Bieszczadzka ballada" - Antoni Sławbicki

 

Wiersz o Bieszczadach to absurd prawie,
to jakby z Bogiem współzawodniczyć
i konkurować.

Ale czy można nie pisać wcale,
Ale jak można pozostać cichym,
zachować bierność.

Ciche są tylko ścieżki wysoko,
bierne są tylko głazy tam obok.
W bezruchu obraz cały daleki,
bezkresne lasy, źródlane rzeki.
Wiersz o Bieszczadach jest powinnością,
spłaceniem długu, upustem wzruszeń,
skoro ktoś pisze.

Tam się napijesz wody najczystszej,
tam możesz spotkać nietknięte drzewo,
kwiat niezdeptany.

Ciche są tylko ścieżki wysoko,
bierne są głazy leżące obok.
W bezruchu obraz cały daleki,
bezkresne lasy, źródlane rzeki.

Wieczór w Bieszczadach gdy cień jest długi,
gdy połoniny barwą się mienią
najprzeróżniejszą.

Tam nocą rysie na łów wychodzą,
aleją z buków kroczą parami,
jak Bóg przykazał.

Ciche są tylko ścieżki wysoko,
bierne są głazy drzemiące obok.
W bezruchu obraz cały daleki,
bezkresne lasy, źródlane rzeki.

Moje Bieszczady to oddech rześki,
moje Bieszczady wiatr śpiewający,
horyzont czysty.
 


 Wyruszamy w Bieszczady... (włącz pełny ekran i zapomnij o codzienności...)

 

http://www.youtube.com/watch?v=ZeZrghF5SKY&feature=player_embedded

 

W Bieszczadach na Przełeczy Wyżnej pod Połoniną Wetlińską znajduje się pomnik poety Jerzego Harasymowicza, który został tam umieszczony staraniem jego żony. Dwie skały połączone symboliczną bramą.  Na pomniku widnieje fragment wiersza poety -

"W  górach  jest  wszystko,  co kocham

I  wszystkie wiersze  są w  bukach.

Zawsze  kiedy tam wracam,

Biorą  mnie  klony  za  wnuka."

 

 

Jeszcze piosenka o  Bieszczadach, śpiewa Jacek Kaczmarski.

 

http://youtu.be/xBWH4-QSlsE

 


Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

Alpy

niedziela, 07 kwietnia 2013 12:52

 

 

 

 (fotka z internetu)

 

 Zima nie bardzo chce sie z nami rozstać, ale wydaje się , że powoli zamierza odejść. Spragnieni jesteśmy słońca i ciepłych plaż. Lubię podróżować, a kiedy to niemożliwe wywołuję w pamięci zapamiętane obrazy z wycieczek turystycznych, a te odporne są na niepogodę i pogodę... Takie reminiscencje pozwalają wydostać się z przytłamszenia wywołanego stresem, często spowodowanym przez inne osoby. Kiedy ma się wszystkiego dość, tak jak ja w tej chwili, warto gdzieś uciec. Właśnie wybrałam się w wysokie góry. Nikt nie wie, jak mi tam dobrze. A kysz, wszelkie troski!

Warto tam się wybrać. Poznajemy Alpy... Ile wrażeń, ile radosnego uniesienia i doświadczenia...

 

Alpy - zapraszam do wędrówki...

(... polecam, włączyć pełny ekran i obejrzeć w spokoju)

 

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=vkA7vqTi3R8

 

Prawda, że Alpy są wyjątkowe? Właściwie, to wszystkie krajobrazy są wyjątkowe, tylko jedne podobają się bardziej, drugie mniej.


Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

Musee de Orsay

niedziela, 05 lutego 2012 1:21

 

 

www.polskiemuzy.pl       www.pielgrzymki.szczecin.pl

Zajrzyj do Polskich Muz...

Znajdziecie tam mój artykuł o Wisławie Szymborskiej.

  

 Umieściłam w jednym obrazku kilka znanych dzieł, które znajdują się w  Musee de` Orsay.

 

 

 Jak widać na kartce niżej i ja miałam tam swoje "wejście..." - żart!

Najlepsze to, że moja wnuczka Dominika na tym portrecie, zrobionym przeze mnie 

w programie "paint", rozpoznała mnie...

Zapytałam  - "Wiesz, kto to jest?"

Uśmiechnęła się i odpowiedziała  - "Babciu, to Ty i dodała, że jestem wyjątkowa... 

Nic milszego nie mogło mnie spotkać... To są te drobne radości, które umilają codzienność.

 

 

Zaczęłam od kawiarenki pod wielkim zegarem z widokiem  na Sekwanę...

Samo to, że jest się w Paryżu, wywołuje szczególne emocje, a niemal namacalne

obcowanie z dziełami sztuki, wyzwala radość.

W 1986 roku F. Mitterrand dokonał oficjalnego otwarcia Musee d`Orsay,

którego początki sięgają XIX stulecia, kiedy to powstało Muzeum Luksemburskie.

Początkowo wystawiane tam były obrazy w stylu akademickim.

Były to obrazy o tematyce  mitologicznej, religijnej i historycznej,

w stylu nazywanym – pompier.

Dzięki kolekcjonerom muzeum bogaciło się o nowe dzieła artystów awangardowych.

Obecnie na parterze muzeum znajdują się XIX – wieczne rzeźby francuskie i europejskie.

Zwraca uwagę monumentalna płaskorzeźba „Taniec” Jeana-Baptiste Carpeaux .

Na parterze i pozostałych dwóch poziomach muzeum znajdują sie dziesiątki innych rzeźb,

wśród nich gliniane figurki koni i tancerek Edgara Degasa.

Na najwyższym umieszczone zostały obrazy Maneta, Moneta, Renoira, van Gogha,

Toulouse - Lautreca,  Gauguina, Cezanne’a, Pissarra, Degasa.

To właśnie tam można nacieszyć oczy  słynnymi  słonecznikami van Gogha.

Przeżycie niewiarygodne… patrzeć na to z bliska.

Wszystko tam zachwyca.

Zwróciłam uwagę na obraz – „Spotkanie rodzinne” – Frederica Bazille.

Artysta ten  urodził się w 1841 w Monpelilier, gdzie studiował medycynę.

Po przeniesieniu się do Paryża zajął się malarstwem. Przyjaźnił się z Monetem,

którego wspomagał finansowo.

Lubił malować w plenerze, czego dowodem jest płótno „Spotkanie rodzinne”,

które zapowiada nadejście impresjonizmu, świadczą o tym plamy światła na ziemi.

Jest to wyjątkowo piękny obraz. Tak piękny, że dałam mu się uwieść.

Może dlatego, że uwielbiam spotkania rodzinne?

Ciągle jestem „dzieckiem” mojej rodziny…

 

 

 ZAPRASZAM NA NIEDZIELNĄ EWANGELIĘ DO :  http://krystynar11.bloog.pl

 

 ORAZ DO BLOGU SZTUKA I JA..., GDZIE NIEKONWECJONALNIE PRZYBLIŻAM  SZTUKĘ:

 

 http://krystynar15.bloog.pl

 

 Blog Hani i moje czekają na

odwiedziny...

 @)-->-->--

Wszystkim dziękuję za ostatnie komentarze.

Tomkowi dziękuję za wiersz o W. Szymborskiej.


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Dalsza relacja z Japonii

sobota, 11 grudnia 2010 16:21

 

   
www.polskiemuzy.pl                     www.pielgrzymki.szczecin.pl 

 Zapraszam do Polskich Muz...

Może kogoś zainteresuje, co napisałam o witrażach w Katedrze Notre Dame i jej legendach.

Artykuł o tej treści znajdziecie w kategorii Sztuka, choć większość mych artykułów jest w kategorii - "Myśli"... :   

"Kiedy rozświetlona rozeta mieni się tysiącem barw..." (kategoria - Sztuka...)

Polecam też poprzedni swój artykuł o tej tematyce - "Magia szkła witrażowego"...

Zachęcam też do przeczytania artykułów innych autorów w zakresie witrażu...

 W Wirtualnym salonie Laury nietypowy temat... Zapraszam...  

 

Japonia

 

 

 

U mnie dziś "mosteczkowo" po tym szemranym jubileuszu….

Życzeń niedużo było… ale co tam… Mało kto lubi składać życzenia…

Za to Stefano mi wierszem gratulował:

" witam
Poważna liczba taka ilość gości,
w ponad trzyletniej działalności!
500 000 tysięcy to cyfra wielka,
zaczarowała klimatem uwodzicielka!
Życzenia kwiatów milionów gości,
i ciągle pióra podobnej lekkości"'

Dobre i to…

I te wszystkie życzliwe słowa, których niewiele jest, ale są. I pomyśleć … tylu tu wchodziło po uciechę dla ducha… a zreflektować się nie potrafili…

Wytykać to ja potrafię i nie tylko to, ale całego arsenału swoich możliwości i tak do końca nie zdradzę…. A to wszystko …”wężykiem… wężykiem…” jakby powiedział hydraulik, a w jego roli niezastąpiony – Jan Kobuszewski… Co dzieje się z tym aktorem? Dawno nie pokazywali go w TV. A szkoda. Za to najczęściej pokazują tych, za którymi nie przepadam. Całe szczęście, że Laskowik się pojawił w garniturze, nie w uniformie listonosza i Fedorowicz…., ale ten to od zawsze był… A Malicki … i Jego program też  niczego sobie… Podobno Jego mama pomieszkiwała w swoim czasie u mojej cioci Tosi… Ale to może legenda?

 

Teraz dalsza relacja z Japonii…

W czwartym dniu po śniadaniu w hotelu udaliśmy się pod górę Fuji.. Zatrzymaliśmy się w Hakone, które położone jest bezpośrednio nad Jeziorem Ashinoko przy wulkanie. Wjechaliśmy na wysokość 2400. Ach,  co to był za wjazd pełen obaw. . .Rozterka za rozterką, co może się wydarzyć. Ze mną to jest tak zawsze, boję się przed, a jak już coś się przydarza, nawet strasznego, to we mnie na przekór odzywa się „bohaterka”i myślę sobie całkiem spokojnie – co ma być to będzie… Jak odchodzić to z honorem i zaraz mi się zbiera na śmiech. Ale co by było, gdyby mnie w ogień rzucono? A no nic… darłabym się z bólu, nie ze strachu! Bo na ból fizyczny jestem wyczulona… Nie znoszę go i nie potrafię nad nim panować… I tak, całkiem niespodziewanie znaleźliśmy się na piątej stacji na Fuji. Mówi się o niej, że jest granicą między Niebem a Ziemią . I coś w tym jest. Też odniosłam takie wrażenie. Albo chciałam takie odnieść. To i odniosłam… Niemal wszystko jest kwestią sugestii, tak jak i to, że nie ma mowy, żebym tam pieszo weszła, zwłaszcza w obecnym stanie…Jest jednak nadzieja, że może kiedyś pokonam jakąś niewielką górkę… A jak tak głębiej się, a nawet powierzchownie, zastanowić się, to czy nie jest tak, że cały czas idziemy pod górę, jak chociażby ja dzisiaj, ale o tym nie zamierzam pisać…

A tam jak było? Nadzwyczajnie pięknie. Okolica słynąca z uzdrowiska.  Gorące źródła.

W Hotelu zaoferowano – „rotenburo”… Trzeba tam pojechać i przekonać się, co to jest…Przeżycie, które przypomina się podczas domowej kąpieli w wannie… Medytacja gwarantowana. Dolina Owakudani (język japoński bardziej przystępny niż węgierski…), ta dolina jest jak z bajki wycięta, po to, by zaistnieć…, a wycieczka po wspomnianym wcześniej jeziorze, była dodatkowym przeżyciem w „ochy” i „achy”!

Z kolei kolacja w hotelu Nanpu – so (chyba nazwę dobrze zapamiętałam…) była w ściśle japońskim stylu…

 

Podpiszę to mym nowym znaczkiem firmowym, sporządzonym na poczekaniu...

 

 

Warto zajrzeć...do...

www.violka-historie.blog.onet.pl      - blog. Hani- Biruty

 

oraz do mnie -

 

http://1rubin1219.bloog.pl

i

http://krystynar2.bloog.pl


Podziel się

komentarze (5) | dodaj komentarz

Kawaii girls, czyli słodka dziewczyna...

piątek, 03 grudnia 2010 3:12

 

 

 

  
www.polskiemuzy.pl                     www.pielgrzymki.szczecin.pl 

 W Polskich Muzach...

Polecam  - Witraże kościoła w Białogardzie...

i mój artykuł -  "Rosnący księżyc..."  - w kategorii - "Myśli"

oraz -

"Niedługo święta... i tu leży pies pogrzebany..." 

 

 

 

Tak... tak... to my - Grasza... Hania.... i ja...

Stylizacja zdjęcia  -  Hania - Biruta...

 

 

 

Czuję, że ściśle turystyczna relacja z wycieczki zrealizuje się następnym razem, bo dziś , konkretnie teraz, nie mam ochoty na sprawozdanie „stąd do dotąd…” jedynie na osobiste wynurzenia. W końcu trasę można zobaczyć na mapie, a omówienie wszelkich budowli i krajobrazu w przewodnikach turystycznych, z których zawsze korzystam, nim gdzieś się wybiorę. Raz tylko jechałam w ciemno i bardzo żałowałam, że nie starczyło mi czasu na przygotowanie, bo przewodnik, z „urzędu”, był wyjątkowo słaby. Wszystkim wyjeżdżającym radzę, by przed wyjazdem do obcych krajów odpowiednio się przygotowali. Korzyść z tego taka, że przyjeżdżasz gdzieś, to  z grubsza wszystko wiesz i zostaje ci więcej czasu na podziwianie i zapamiętywanie tego, co powinno się zapamiętać. Okazuje się, że dużo osób postępuje tak jak ja.  Jakże .. któregoś dnia byłam mile zaskoczona, gdy otrzymałam paczkę od nieznanej osoby, którą jednak trochę znałam  z internetu, ale zapomniałam, że  to jest Ona… .. Akurat wcześniej gdzieś wyczytałam, że komuś w Anglii w przesyłce pocztowej przesłano bombę. Przed otworzeniem  otrzymanej paczki, miałam niefortunną myśl – „ … a jak tu jest bomba…?” . Lecz ciekawość zwyciężyła. Otwieram … a tam list i kartka z życzeniami na Wielkanoc.  W paczce natomiast  delikatesowe smakołyki – różne słodycze, czekolady, kawa, herbata i kakao także pamiątka z Ziemi Świętej… Wszystko w ładnym opakowaniu… Mile to wspominam.

 W liście znalazły się podziękowania od pani, której nie znałam. Przyjemny szok. A było to tak.

Jakieś trzy miesiące wcześniej przysłała mi owa osoba e-maila, w którym dziękowała  za wrażenia, jakich doznała,  czytając moją relację  z pielgrzymki do Ziemi Świętej, która odbyła się rok wcześniej… Relacja ta ukazała się w znanym portalu katolickim, na prośbę mego syna, który ten portal stworzył i prowadzi… Pani najpierw napisała do mego syna, dowiedziała się mego adresu i  tak się zaczęło… Prosiła mnie o szczegóły typu – jak ma się ubrać, ile czego i co zabrać,  na co zwrócić szczególną uwagę, itp. . Wyjaśniłam i podzieliłam się tym, co wiedziałam.

Pani ta wkrótce potem pojechała do Ziemi Świętej. Po przyjeździe w tak piękny sposób  podziękowała. Uważała, że zawdzięcza mi udany wyjazd. To było bardzo wzruszające.

Niesłychana wprost historia. Tacy ludzie, jak ta Pani,  też są,  tacy, którzy dziękują nawet wówczas, kiedy nie muszą.

No i proszę… zupełnie zboczyłam z trasy… Wspomniałam o tym, że do restauracji na wspólną naszą kolację, ku zaskoczeniu wszystkich, weszłyśmy ubrane w kimona, które sobie, własnym sumptem,  sprawiłyśmy przed wyjazdem . Czułyśmy na sobie dyskretne spojrzenia japońskiej obsługi i hotelowych gości. Zwłaszcza przy jednym stoliku goście najwyraźniej byli poruszeni i choć najwyraźniej nami byli zainteresowani, to w gruncie rzeczy nie okazywali tego . A jednak byli zaintrygowani tym, że Polki z wycieczki tak uhonorowały ich kraj. Konsekwencją tego było zaproszenie, które wręczył nam, chyba nim był,  kierownik sali.

A może to był ktoś jeszcze ważniejszy… tego nie wiedziałyśmy. Przetłumaczono nam, że jesteśmy mile widziane jako honorowi goście właściciela hotelu. Poproszono naszą trójkę razem z przewodnikiem wycieczki, p. Markiem.   W ten sposób w trzecim dniu wycieczki znalazłyśmy się na kolacji w baśniowym niemal apartamencie, którego dziś nie opiszę ze względu na późną porę. Nazywano tam nas – „kawaii girls…”  (słodka dziewczyna…)… Korzystałyśmy z tłumacza...

Oczywiście, ubrałyśmy nasze nowe kimona, zakupione w jednym z tokijskich butików, a więc oryginalne. Bez tłumacza się nie obyło.  Żadna z nas nie zna języka japońskiego.  Jedynie Grasza  co chwilę jakimś słówkiem japońskim balansowała, gdy zakręcił sie przy Niej pewien przysadzisty Japończyk...  Zresztą i Hania swego adoratora miała...  Obsłużono nas z iście wschodnią wytwornością  - pokłony i uśmiechy. . . Tak uśmiechów było dużo. Tylko …  gdy patrzysz w twarz Japończyka, to nie wiesz, co myśli naprawdę, bo skrywa emocje i jest jakby okryta maską. Nawet oczy wydają się bez wyrazu. A jednak pod warstwą tego maskowania wyczułam ogromną sympatię, szczególnie u właściciela tego szczególnego miejsca… Nie wiem, czy przypadkowo, czy specjalnie dla nas, wystąpił zespół polskich tancerek z Warszawy, będący na kontrakcie w Japonii… My w tym czasie czułyśmy się jak prawdziwe gejsze….  Nie mylić z tymi niewłaściwymi….  Takie historie jak ta też się przytrafiają.

 

  Podpisuję się nowym znaczkiem firmowym...

 

www.violka-historie.blog.onet.pl      - blog. Hani- Biruty

 

oraz do mnie -

http://1rubin1219.bloog.pl

czyli Acapite ad calcem... - blog polityczny

a także do -

http://aisling.bloog.pl

i

http://jadwigaj82.bloog.pl


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

Japońska legenda i nie tylko...

środa, 01 grudnia 2010 2:40

 

 

  
www.polskiemuzy.pl                     www.pielgrzymki.szczecin.pl 

 W Polskich Muzach...

Polecam  - Witraże kościoła w Białogardzie...

i mój artykuł -  "Rosnący księżyc..."  - w kategorii - "Myśli"

oraz -

"Niedługo święta... i tu leży pies pogrzebany..." 

 

 

 

 

Dziś dokończę legendę… Dlaczego legendy są takie ważne? Czy dlatego, że oparte są na prawdzie i zmyśleniu? Wszystko co znajduje się w przekazach ulega trawestacji. Najpierw jest prawda. Później pojawia się koloryzacja tej prawdy. Przekazujący opowieść zawsze namiesza w różnych celach – by upiększyć, dodać coś od siebie, wyrzucić,  co nie pasuje albo przeinaczyć czy też poddać obróbce psychologicznej, indywidualnej lub społecznej. I tak rodzą się legendy.  Z legendy o powstawaniu wysp japońskich dowiemy się, dlaczego w Kraju Kwitnącej Wiśni panuje przesąd, by nie zapalać pojedynczego światła… Wiemy już, że para demiurgów zawarła związek małżeński. Jednak podczas ceremonii zaślubin Idzanagi popełniła nietakt. Jako pierwsza odezwała się .  Wiecie, jak to jest, zawsze winę zrzuca się na kobietę….Chyba legendy zaczęli opowiadać mężczyźni…  Zatem  podobnie jak w raju i w tym przypadku zawiniła kobieta. Konsekwencje tego czynu  odbiły się na ich pożyciu małżeńskim.  Przedtem jednak głowili się, jak skonsumować zawarty związek. Pomysłu dostarczyły im ptaki podczas  zachowania godowego. Tak więc w lot pojęli w czym rzecz.  Niestety w wyniku ich kopulacji narodził się niezbyt udany potomek, przypominający potworka. Pomyśleli, że była to konsekwencja odezwania się kobiety.  Oboje więc postanowili powtórzyć ceremonię. Tym razem jako pierwszy odezwał się mężczyzna. Zabrali się ponownie do tworzenia i płodzenia.

Zaczęły więc powstawać nowe wyspy, bóstwa, rośliny i zwierzęta, a Idzanami  powiła syna, który był bogiem ognia. W czasie porodu poparzył jej łono. Poparzona konała w niesamowitych męczarniach. Z jej wymiotów,  ekskrementów i uryny powstały bóstwa – gliny, metalu i wody.  Idzanagi, widząc męki małżonki, bardzo cierpiał. Wylał morze łez, z których wytworzyła się bogini lamentująca.

W ostateczności Idzanami opuściła świat i udała się do Krainy Ciemności. Rozżalony Idzanami surowo potraktował sprawcę śmierci żony. Poćwiartował jego ciało. I  udał się za małżonką do podziemia, gdzie byli zmarli. Nim tam przybył, Idzanami zaczęła się rozkładać i przemieniła się w odrażającą istotę. Kiedy w czarnej otchłani niczego  dostrzec nie mógł , zapalił ząb. ( W tym momencie zrodził się przesąd, że pojedynczego światła zapalać nie wolno…) Gdy ujrzał swą  połowicę  w stanie rozkładu, przerażony zaczął uciekać. Urażona małżonka, że widział ją w takim stanie, wysłała za nim jędze piekielne, by go ukarały. On postanowił się uratować i wyjął ze swych bujnych włosów grzebień, rzucając za siebie. Kiedy grzebień zamienił się w kiełki bambusowe, piekielne stwory zatrzymały się, by je zjeść .  Jak tylko znalazł się na powierzchni ziemi,  olbrzymim głazem zatarasował bramę piekielną .  Już nigdy potem nie zapragnął ujrzeć swej małżonki….

 

Ta legenda przypomniała mi historię sprzed lat. Po śmierci mego tatusia, codziennie bywałam na cmentarzu. Kilka rzędów dalej przy grobie swej małżonki przesiadywał starszy pan. Kiedy spotykaliśmy się przy studzience, nabierając wodę do kwiatów, zawsze opowiadał o swej żonie i mówił, że bardzo ją kochał i nie potrafi bez niej żyć. W jakiś przedziwny sposób uświadamiał  mi, że mój ból po stracie Ojca, nie jest jedynym smutkiem na ziemi… Zaczęłam się też  w jakiś przedziwny sposób koncentrować na bólu tego mężczyzny… Było mi go bardzo żal. Opowiadał, że żona co noc mu się śni, iż została pochowana w niewłaściwym kierunku. Zdaje mi się, że była pochowana na północny zachód, a chciała leżeć w trumnie z głową na południe. Nie dawało mu to spokoju przez ponad rok. Ciągle o tym rozmyślał. Wreszcie postanowił wejść do „podziemi”.

Załatwił ekshumację zwłok  z ponownym pochówkiem, by zrealizować  „ pragnienie senne” małżonki. Nikt nie był w stanie go przed tym powstrzymać. Kiedy otworzono trumnę, nie poznał swej pięknej, jak ją określał, małżonki. Zobaczył potwora z  długimi włosami. Najgorsze było to, że cała twarz jej była pokryta włosami. Przestraszyło go to. Długo po tym wydarzeniu wracał do zdrowia. To go chyba wyleczyło z choroby za małżonką , bo od tej pory rzadziej przychodził do jej grobu… Ten człowiek,  podobnie jak bóg z legendy, zszedł do Krainy Ciemności z nadzieją, że zobaczy ukochaną twarz, a zobaczył jedynie ciało w stanie rozkładu.  Nie miał wyboru. Uciekł w codzienność…

 

Czy nie jest przypadkiem tak, że musimy przejść przez piekło, by dokonać właściwego wyboru?

 

 

 Dziś sobie wymyśliłam taki znaczek...

Relacja z Japonii następnym razem…

 

Może kogoś zainteresuje historia opowiedziana w :

 

 http://krystynar1.bloog.pl

 


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

Chram , Harajuku, Oriental Bazr...

czwartek, 25 listopada 2010 0:47

 

 

   
www.polskiemuzy.pl                     www.pielgrzymki.szczecin.pl 

 

 

 

 

To moje pisanie jak moje malowanie, czyli ad hoc…, więc będzie w nim trochę nieuporządkowania.

 

W poprzednim odcinku pisałam o przelocie do Narita. Zaraz potem wspomniałam o Tokio nocą i pokoju hotelowym. Pominęłam pewne szczegóły, prawdopodobnie, dlatego że odniosłam się do przeszłości. Po rozpakowaniu bagażu i krótkiej toalecie, razem z pozostałymi współtowarzyszami wycieczki, pojechaliśmy kolejką do stacji – Harajuku.  Jest to dzielnica młodych ludzi.

 

 

 Można tam spotkać młodzież ubraną  w stroje inspirowane anime i mango a także modą piosenkarzy rockowych i hardrockowych.  Ci ubrani w futrzane stroje przyprawiają o zawrót głowy. Kiedy wcielają się w postaci kreskówek, ma się wrażenie, że to jakieś baśniowe widzenie ulicy…Szokują te kolory niesamowicie zestawione, ale że jest ich dużo, to nie rażą. Odniosłam wrażenie, że stroje te mają zaszyfrowaną wiadomość o jego właścicielu. Potwierdza się maksyma – „ jak cię widzą tak cię piszą”.   Młodzi zwracają na siebie uwagę  poprzez styl, który starają eksponować w szczególny sposób i jest nietypową mieszanką  europejską – azjatycką . Ten sposób ubierania się mówi o młodych Japończykach więcej, niż nam się wydaje.  Najzwyczajniej, kreatywność i wyzwolenie pokazują nowe oblicze japońskiej ulicy. Jest to niezwykle kolorowy świat o oryginalnym wizerunku, często kojarzący się nam z kiczem i wyzwaniem. A jednak do szkoły  uczniowie chodzą ubrani w mundurki. Swoboda dozwolona jest w wolne dni.

Zwiedziliśmy tam shintoistyczny chram Meiji z 1920 roku, poświęcony parze cesarskiej, która wsławiła się modernizacją i westernizacja Japonii.  

 

 

Japończycy, zwłaszcza  z okazji nowego roku,  udają się tam, by modlić się o szczęście  i opiekę bogów. Zaopatrują się tam w nowe amulety o różnym działaniu – przeciwko chorobom,  zapewniające miłość, powodzenie w życiu, etc. Stare amulety przeznaczone są do spalenia. W chramach kobiety i mężczyźni ubrani są w tradycyjne kimono. To bardzo przemawia do turystów i sprawia, że czują specyficzny nastrój tych miejsc. W pierwszym dniu zszokowały nas tłumy ludzi na ulicach, ale przecież nie ma w tym nic dziwnego, bo w tym górzystym kraju mieszka obecnie ponad  120 milionów ludzi zróżnicowanych kulturowo.

Potem spacerowaliśmy po Omotesando, dzielnicy galerii i butików.  Czego tam nie było…

 

 

W Oriental Bazar wpadłyśmy w szpony zakupów. . . To było niemal szaleństwo. Mnóstwo rodzajowych i niepowtarzalnych wyrobów japońskich. Coraz bardziej zaczynałam się rozklejać, ulegając fanaberii błyskotek i znalazłam się na granicy trudnych wyborów … to kupić czy tamto i to w dodatku, nie wydać wszystkich pieniędzy za jednym zamachem…  Wybrałam dla swego domu talerz z Japonką i kilka drobiazgów – prezentów i oczywiście dla siebie - korale marzeń...

 

 

Moje przyjaciółki miały podobne dylematy. A jednak okazało się, że umiałyśmy zapanować nad pierwszym, koszmarnym objawem pokusy… To nie był jednak koniec wabików, bo następna dzielnica handlowo – rozrywkowa, Shibuya,  znowu wywołała niemałe zawirowanie…

 

 

Po powrocie do hotelu przebrałyśmy się w kimona, które sobie sprawiłyśmy przed odlotem . Tak ubrane pojawiłyśmy się w sali restauracyjnej, wzbudzając sensację wśród naszych wycieczkowiczów i nie tylko…,  ale o tym  może innym razem.

 

 

A to mój znaczek firmowy...

Zapraszam do:

 www.violka-historie.blog.onet.pl      - blog. Hani- Biruty

 

oraz do mnie, gdzie dopisałam dalsze ciągi :

 

http://aisling.bloog.pl

i

http://jadwigaj82.bloog.pl


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

W Tokio

wtorek, 23 listopada 2010 22:19

 

 

   
www.polskiemuzy.pl                     www.pielgrzymki.szczecin.pl 

W Polskich Muzach ... zmiana wystroju... Nie jesteś ciekawy co to za wystrój?

...

 Może zechcesz nacisnąć w Ulubionych stronach:

...niepokorne... niepokorni...

albo

samotność w zgiełku...

A teraz ... pierwszy dzień w Tokio...

 

 

 

Poznajecie?  A gdzie Hania nam się zapodziała?

Już wiem , w tym czasie ... , nie zdradzę...

Haniu,  lepiej wybrałaś niż my z Graszką...

Bo my... lada moment możemy spaść...

A nie ma nic gorszego niż utknąć w korku...

Wiesz, co mam na myśli...

 

 

 

 

AF JAL Narita P6180030.JPG 

Lotnisko ... Narita... 

 

Lotnisko Narita.  Światowe. Choć lotnisko to lotnisko. Z przewodnikiem łatwo się po nim przemieszczać, zwłaszcza jeśli są problemy z językiem. Zatrzymują mnie przy bramce. Czuję na sobie wzrok wszystkich. Oby nie powtórzyła się historia z byłej Czechosłowacji, kiedy to nieznośny celnik grzebał perfidnie w mojej walizce. Dlaczego akurat sobie mnie upatrzył, do dziś nie wiem. Wszyscy obserwowali, jak po kolei unosił moje rzeczy do góry, manifestując, co ze sobą  wiozę. Kiedy zabrał się za moją bieliznę, nie wytrzymałam i krzyknęłam coś w rodzaju - „świnio, jedna, co robisz…”.  Zreflektował się… , zamknął walizkę  i ukłonił się … Wyszłam z honorem z tej sytuacji, ale bez gadania się nie obyło. Nawet spotkałam się z wyrazami podziwu…, że niby taka odważna jestem… ale co to za odwaga? To była złość… Nic poza tym. Tak bywa… A tu, w Narita,   sytuacja przy bramce ciągle niewyjaśniona. Brzęczy przy mnie i brzęczy. Oglądają mnie. W końcu odkryli, że to moje bransoletki ukryte w kosmetyczce i puścili dalej. Hania zdenerwowała się okropnie, bo już pewnie myślała, że może coś nielegalnego chcę przeszmuglować, ale nic z tego… Ani ze mnie narkomanka, ani terrorystka… Jedynie przeciętna turystka, co to zachwyci się wszystkim…Za to Graszka unosiła się ze śmiechu. Załadowali nas do autokaru i zawieźli do hotelu. Tokio w nocy to istne cudo… Tylu świateł naraz jeszcze nie widziałam… Wpadłam w obłęd świetlny. Od razu mi się to miasto spodobało… A w hotelu jak w hotelu… po japońsku. Całe szczęście, że nie dokwaterowali nam nikogo. Bo najgorzej, jak w takim pokoju hotelowym, znajdą się osoby nie pasujące do siebie. A nasza trójka spełniała wszystkie nasze oczekiwania – podobne zainteresowania, zwyczaje, kultura, upodobania. To ważne, by spędzić ze sobą  nawet tylko dzień.

Nieraz już grupowo podróżowałam i coś na ten temat wiem. Podczas którejś z pielgrzymek zdarzyła się sytuacja, że trzeba było zakotwiczyć z  dodatkowo dodaną osobą . Były trzy dojrzałe kobiety, w tym ja… i jedna młoda jak jagoda… My, starsze wstałyśmy wcześnie. Wiadomo, trzeba kolejno do łazienki. Nie daje się tego zupełnie po cichu uczynić. Dziewczyna… no… już nie znowu taka dziewczyna, bo panna koło trzydziestki, kocmołuch jakiś, taka szara gąska, niedomyta…, niby spała , a wszystko słyszała i się denerwowała, wydając z siebie okrzyki sprzeciwu. Larum podniosła, gdy włączyłam suszarkę. Zrobiła awanturę na cztery fajerki…, czyli wydzierała się, że spać jej nie dajemy… Rezultat tego był taki, że my wyglądałyśmy jak boginie, a ona z posklejanymi włosami jak zapyziałe czupiradło…Może trochę w szczerości przesadziłam w tym opisie, ale takie są prawa skryby… Cdn.

 

A to mój znaczek firmowy...

Zapraszam do:

 www.violka-historie.blog.onet.pl      - blog. Hani- Biruty

 

oraz do mnie, gdzie dopisałam dalsze ciągi :

 

http://aisling.bloog.pl

i

http://jadwigaj82.bloog.pl

 


Podziel się

komentarze (5) | dodaj komentarz

Odlot...

sobota, 20 listopada 2010 23:47

 

 

   
www.polskiemuzy.pl                     www.pielgrzymki.szczecin.pl 

 

 

Dziś zdrzemnęłam się trochę po południu. I przytrafił mi się sen. Toczka w toczkę powtórzenie z realu. W pierwszej chwili po przebudzeniu nie bardzo wiedziałam, w której rzeczywistości się znajduję, a że coraz częściej mi się to przydarza, to i zdziwiona tym nie byłam wcale. Lepsze też to niż obcowanie w snach z duchami przodków, którzy coś przekazują ale często w jakichś niezrozumiałych językach i wtedy to ja, myślę sobie,  czy nie jestem kimś w rodzaju białej sangomy, bo coś mi podpowiada, że tak… Brakuje tylko ofiarnego kozła. To, że mam służyć bliźnim aż do znudzenia i zmęczenia, to wiem, ale żeby przy tym posługiwać się podejrzanymi środkami, to chyba duża przesada. Co takiego mi się przyśniło, że spowodowało i  tak przydługi wstęp? Byłam w sypialni. We śnie, w tej sypialni byłam…Tylko, że nie była to sypialnia charakterystyczna dla naszego rodzimego pejzażu meblowego, to była sypialnia obowiązująca w Japonii… Koloryt ścian i całe wnętrze podporządkowane urokowi Wschodniemu. Zaraz też zasiadłam do komputera i w najprostszym programie Point utrwaliłam przywiezione stamtąd, a potwierdzone we śnie, wnętrze sypialni w tokijskim hotelu, w którym trzy  niespokojne duchem Polki znalazły chwilowe schronienie po trudach chodzenia i wspinaczki. Z tymi ostatnimi wyczynami to najbardziej na „bakier” byłam ja, bo licho nie śpi i odezwała się moja dyskopatia…

Tak wygląda pokój hotelowy w Tokio w przybliżeniu ze mną jako Japonką...

 

 

 

A jak do tego doszło, że tam znalazłyśmy się, pisałam już. Na lotnisku w Warszawie po raz pierwszy spotkałyśmy się z kierownikiem wycieczki.  Pan około pięćdziesiątki, pełen werwy i pomysłów. Gaduła.  Nawet sympatyczny.  Dał nam kolorowe chusteczki w kratkę i zapowiedział, że odtąd będziemy je nosić. Skrzywiłam się na ich widok, takie były niegustowne i toporne….  Niech sobie pomarzy, że ja coś takiego na szyję założę. Akurat szyję mam ładną, to jej zakrywać, ani myślę…. Co najwyżej fikuśną, jedwabną chusteczkę zawiążę…W programie mieliśmy zwiedzanie –

Tokio, Kamakura, Jokohama, Nikko, Góra Fuji, Hakowe, Nagoja, Hiroszima, Miyajima,, Kioto, Nara, Osaka. Wylecieliśmy z Okęcia. W samolocie powstało małe zamieszanie, bowiem naszą trójkę posadzono w klasie biznes. Do dziś nie wiemy dlaczego? Może,  dlatego  że miałyśmy na głowach wytworne kapelusze? A może – po prostu wzięto nas za kogoś innego? W każdym bądź razie, nie protestowałyśmy i kiedy nas tam wprowadzono, to rozsiadłyśmy się wygodnie, a kapelusze porozkładałyśmy na sąsiednich fotelach, śmiejąc się, że pewnie nas zaraz razem z nimi wyrzucą, jak to ongiś przytrafiło się pewnej parze z Polski.

Wzbudziłyśmy niemałą sensację wśród zawistnych członkiń wycieczki, które zaczęły męczyć przewodnika, jak to możliwe, że nas tak potraktowano. A niby skąd on miał o tym wiedzieć, kiedy my same nic na ten temat nie wiedziałyśmy i jedynie za sprawą jakiejś wróżki czy wróża poczułyśmy się komfortowo, chociaż przyznaję, było mi z tego powodu odrobinę dziwnie i w każdej chwili obawiałam się wygnania.  Prawdą jest, że mam szczęście do nieprzewidzianych sytuacji, odwrotnie niż zaplanuję.  Co za pech albo i nie. Kiedy pech to pech… Sama nie wiem, jak to określić…Wyśmienity szampan poprawił nam humory. Moje współtowarzyszki wybrały dla siebie Dom Perignon a ja -  szampan o nazwie – Krug, z tego co wiem , ten właśnie szampan jest połączeniem 50. win z trzech odmian winogron, pochodzących z 25. winnic. O pierwszym nic nie wiedziałam, to go nie wybrałam... A Kruga już smakowałam kiedyś. Poczęstowano nas też siedmiodaniowymi posiłkami. Na pewno było luksusowo . W dodatku, przebrane w piżamy Givenchy (polecam miękkie i przytulne choć zdecydowanie wolę koszule…), mogłyśmy się przespać na rozłożonych fotelach. To było naprawdę „słodkie” przeżycie i ponad czternastogodzinny lot należał do wyjątkowo przyjemnych. O powrocie nie wspomnę, bo co nam się wtedy zdarzyło, to  była odwrotność naszego pierwszego lotu. Może Graszka w swoim blogu ten koszmarny nasz powrót opisze?

W następnej relacji  - Po raz pierwszy na japońskiej ziemi….

 

 


Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

To nic...

czwartek, 18 listopada 2010 18:14

 

 

   
www.polskiemuzy.pl                     www.pielgrzymki.szczecin.pl 

 

 

 

Słowa te dedykuję Hani i Grażynce na pamiątkę wspólnych przeżyć...

 

 

 

To nic…

 

To nic że deszczowo zaczął się dzień

I chmury ciężkie nad grzywą lasu

To bez znaczenia

Gdy przeznaczenie ogłasza światu

 Do widzenia

Ty się spiesz na szansę powrotu

Nie obawiaj się grzmotów

To nic że zielona papużka skrzeczy ze strachu

Drżysz i czujesz się jak na dachu

I przez chwilę myślisz jak to możliwe…

 

 

 

 

 Przed Tobą droga otwiera świetliste wrota

na horyzoncie tli się jeszcze tęsknota

a Ty w nowej wyśnionej uprzęży

do przodu idź wciąż jak najprędzej...

 

 

W chmurach zmierz się z Górą Fuji

i zostań z nią jak najdłużej... 

 

Zapraszam do: 

www.violka-historie.blog.onet.pl      - blog. Hani- Biruty

także do:

krystynar2.bloog.pl

czyli ... Wirtualny salon Laury...

 


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

O Cmentarzu Łyczakowskim bardziej osobiście . . . Specjalnie dla tych, którzy lubią rymy . . . Zapraszam na kolejne spotkanie literackie w salonie ... do : krystynar2.wp.pl albo: Wirtualny Salon Laury - bloog. pl

środa, 01 października 2008 11:45






Światłem spełniona. . .

 

Na Cmentarzu Łyczakowskim

napisy w języku polskim.

Aniołowie tu z lirami

i rzeźby z edykułami.

 

Wielu znanych tutaj leży,

kto może niech tam pospieszy.

Sarkofagi i nagrobki,

w nich pradziadowie i ciotki.

 

Niech im słońce zawsze świeci.

W pieśni Marii niech im zleci

ten sztandar biało- czerwony

w żołnierskiej krwi umoczony.

 

Tej myśli co ich trapiła,

nie skryła nawet mogiła.

Są wśród żywych ich starania,

troski, smutki , narzekania.

 

Szumem drzew modlitwę szepcze,

trelem skowronka zapłacze,

by otrząsnąć się z przeszłości,

zapomina o podłości . . .

 

Lotem orła od Ordona,

światłem wieczności spełniona,

w sile lwa odnaleziona

jest, jak nadzieja, zielona.




Sponsa di Libano



Podziel się

komentarze (0) | dodaj komentarz

Z wędrówki po Cmentarzu Łyczakowskim

wtorek, 30 września 2008 21:14

 


 

 

Grafika:Lwów Cmentarz Łyczakowski Konopnicka.jpg

WOLNY NAJMITA

 

Wąską ścieżyną, co wije się wstęgą

Między pólkami jęczmienia i żyta,

Szedł blady, nędzną odziany siermięgą,

Wolny najmita.

 

I nigdy wyraz nie był dalszym treści,

Jak w zestawieniu takim urągliwym!

Nigdy nie było tak głuchej boleści

W jestestwie żywym.

 

Rok ten był ciężki: ulewa smagała

Srebrnym swym biczem wiosenne zasiewy

I ziemia we łzach zaledwie wydała

Słomę a plewy.

 

Z chaty, za którą zaległy podatki,

Wygnany nędzarz nie żegnał nikogo...

Tylko garść ziemi zawiązał do szmatki

I poszedł drogą.

 

W powietrzu ciche zawisły błękity,

Echo fujarki spod lasu wschód wita...

Stanął i otarł łzę połą swej świty,

Wolny najmita.

 

Wolny, bo z więzów, jakimi go przykuł

Rodzinny zagon, gdzie pot ronił krwawy,

Już go rozwiązał bezduszny artykuł

Twardej ustawy...

 

Wolny, bo nie miał dać już dzisiaj komu

Świeżego siana pokosu u żłoba;

Wolny, bo rzucić mógł dach swego domu,

Gdy się podoba...

 

Wolny, bo nic mu nie cięży na świecie -

Kosa ta chyba, co zwisła z ramienia,

I nędzny łachman sukmany na grzbiecie,

I ból istnienia...

 

Wolny, bo jego ostatni sierota,

Co z głodu opuchł na wiosnę, nie żyje...

Pies nawet stary pozostał u płota

I z cicha wyje...

 

Wolny! - Wszak może iść albo spoczywać,

Albo kląć z zgrzytem tłumionej rozpaczy,

Może oszaleć i płakać, i śpiewać -

Bóg mu przebaczy...

 

Może zastygnąć, jak szrony, od chłodu,

Bić głową w ziemię, jak czynią szaleni...

Od wschodu słońca do słońca zachodu

Nic się nie zmieni.

 

Ubogi zagon u nędznej twej chatki

I mokrą łączkę, i mszary, i wrzosy

Obsadzi urząd... podatki! podatki!

Ty idź do kosy!

 

Idź, idź! Opłatę do kasy wnieść trzeba,

Choć jedno ziarno wydadzą trzy kłosy

I choć nie zaznasz przez rok cały chleba...

Idź, idź do kosy!

 

Czegóż on stoi? Wszak wolny jak ptacy?

Chce - niechaj żyje, a chce - niech umiera!

Czy się utopi, czy chwyci się pracy,

Nikt się nie spiera...

 

I choćby garścią rwał włosy na głowie,

Nikt się, co robi, jak żyje, nie spyta...

Choćby padł trupem, nikt słówka nie powie...

- Wolny najmita!





Grafika:Maria Konopnicka001.jpg

 

 

Wierszem  naszej narodowej poetki,  Marii Konopnickiej, rozpoczynam swe oprowadzanie po Cmentarzu Łyczakowskim...  „Wolny najmita", „W piwnicznej izbie", „Jaś nie doczekał",

„A jak poszedł król na wojnę" te utwory są świadectwem odległych czasów ( wiek  XIX), poetka porusza w nich problemy ówczesnego społeczeństwa. Operuje obrazem , z którego wyłania się skrzywdzone dziecko i niedola polskiego chłopa. Czyż spraw, które ukazuje, nie można przenieść do naszych czasów? Jej liryzm stylizowany swojska nutą wywołuje refleksje. . . Było wielkim przeżyciem , stanąć przy Jej grobie i dotknąć płyty nagrobka ze słowami modlitwy . . .




Grafika:Lwów - Cmentarz Łyczakowski 04.JPG



Zapraszam do spaceru cmentarną aleją . . .

Jest to najstarsza nekropolia Lwowa. Leży na malowniczych wzgórzach we wschodniej części miasta. Wśród szeregu alei, wyznaczonych przez stary drzewostan, znajdują się groby wybitnych twórców kultury, nauki i zasłużonych mieszkańców Lwowa.

Mijamy nagrobki z alegorycznymi postaciami i podobiznami zmarłych. Przechodzimy obok kaplic, kolumn, obelisków i edykuł, pojawiających się w różnych stylach.

Przy głównej alei znajdują się  klasycystyczne i empiryczne rzeźby, m.in. Cypriana Godebskiego. Po lewej stronie od głównego wejścia stoi pomnik z wyrzeźbioną , siedzącą postacią poety - Seweryna Goszczyńskiego. Uwagę zwraca ogromny obelisk z lwem,

złożony w ofierze pułkownikowi Julianowi Konstantemu Ordonowi. Są także grobowce arcybiskupów ormiańskich - Izaaka Isakowicza i Samuela Cyryla Stefanowicza . . .




Grafika:Lwów - Cmentarz Łyczakowski - Anioł 01.JPG





Na nagrobku Artura Grottgera, artysty malarza, jest napis:
"Niech Cię przyjmie Chrystus
który Cie wezwał
a do chwały Jego
niech Cię wprowadzą aniołowie."







Nie sposób wymienić wszystkich tych , którzy zapisali się jako wielcy twórcy kultury polskiej, dlatego wymienię niektóre  nazwiska, których miejsce ostatniego spoczynku znajduje się na Cmentarzu Łyczakowskim :

 

Tadeusz Barącz - rzeźbiarz, Karol Baliński - literat, Walery Łoziński -literat, Jan Nepomucen Kamiński - twórca polskiego teatru we Lwowie Gabriela Zapolska - pisarka.




 

Cmentarz Łyczakowski pełni w obecnej chwili rolę muzeum.  To tu spoczywają szczątki wybitnych Polaków. To tu, historia mówi Ich sarkofagami, jak na nagrobku Ordona z orłem, symbolem życia wiecznego . . .





Podziel się

komentarze (2) | dodaj komentarz

Dworzec we Lwowie i moja filozofia widzenia . . .

piątek, 26 września 2008 0:48

Grafika:Lviv train station.jpg





Dworzec - miejsce przyjazdu i odjazdu z kasami i peronami .  Nigdy nie lubiłam dworców... Uraz z dzieciństwa , kiedy to trzy razy do roku mamusia w czasie ferii i wakacji wywoziła nas na wieś do swoich sióstr. Były przesiadki, których nie znosiłam. Najgorzej było, gdy trzeba było posiedzieć w poczekalni... Kiedyś do mamusi podeszła zaniedbana kobiecina i poprosiła o „rozczeszkę", w odpowiedzi usłyszała , że grzebieni się nie pożycza, ale dostała w prezencie jeden.   Tam było brzydko... Doczekać nie mogłam się końca podróży.  Nie lubię podróżować pociągami. Podróż w nich ciągnie się niesłychanie długo... Ten ścisk w przedziałach i przypadkowe towarzystwo, nie zawsze miłe. Brudno. Nudno. Jedyną przyjemnością dla mnie jest wypatrywanie  niespodzianek za oknem, ale na ogół to monotonia - lasy, pola, rzadko kiedy pojawi się zbłąkany zając czy sarenka, częściej bociany. Z tymi bocianami to heca. Mówią , że jak panna albo mężatka zobaczy bociana, to zajdzie w ciążę. U mnie sprawdziło się to cztery razy... Oczywiście jako mężatce . . . Pomyśleć , że w dzieciństwie wierzyłam w bociany. . .  Teraz dzieci nie są takie „głupie".  Jeśli już podróżować, to posiedzieć w wagonie restauracyjnym przy stoliku w jakimś miłym towarzystwie. . .

Jak do tej pory żaden dworzec mi się nie podobał. Jaka długa była przedmowa, by dojść do takiego uogólnienia. A jednak po raz pierwszy pewien dworzec spodobał mi się . Ciekawe. . . Prawie jak z pierwszą miłością . Od pierwszego wejrzenia... Tak było i teraz. Spojrzałam i zauroczyło mnie.  I pomyśleć tyle lat musiałam na to czekać. Na co ? - Dworzec we Lwowie. Cudo niemal, jeśli idzie o dworce. Gdyby tak poddać go dokładnej renowacji, byłby najpiękniejszym dworcem na świecie. Zbudowany od podstaw. Solidnie. Gdy byłam młodą mężatką, otrzymałam taką lekcję od mego taty. Po co kupujesz tyle byle jakich spódniczek, kup jedną ale porządną. Jeden garnitur ale dobry a nie dziesięć byle jakich. Nie będę rozpisywała się, jak przebiegała dyskusja, wtedy jednak zrozumiałam , że to , co solidne przetrwa, to, co na pięć minut nic nie jest warte. Tak jest z budowlami. Te stawiane szybko, partacko, z byle czego, nie przetrwają długo. Krótkie pięć minut. Budowane z rozmysłem, dokładnie i z właściwego materiału przetrwają wieki.

Budowę lwowskiego dworca rozpoczęto w 1899 roku, zakończono w 1903. Zaprojektował go Władysław Sadłowski w stylu renesansowo - secesyjnej architektury Galicji. Był ważnym punktem komunikacyjnym miasta z Wiedniem , Berlinem , Krakowem , Warszawą, Belgradem i Budapesztem. Jego wizytówką jest przeszklony dach arkadowy.  Po obu stronach głównego wejścia stoją dwa alegoryczne posągi - Handel i Przemysł.  Symbolizujące Lwów i kolej rzeźby znajdują się nad  portalem. Lekkość i wirtuozeria są wyznacznikami hali peronów, która pokryta jest przęsłami rozłożonymi szeroko ... To najstarsza inżynierska konstrukcja Lwowa. Nie trudno wyobrazić sobie, jak dworzec wyglądał w okresie swojej młodości... Łatwo też wyobrazić sobie ludzi korzystających z jego usług. Piękne poczekalnie, w których na pewno  można  było czuć się dobrze. Podróżni byli inni niż obecnie. Więcej było w tym dbałości o wszystko...

A priori, wynika, że to co, zrobiono dobrze służy ad futuram rei memoriam . . .

Nie da się jednak ukryć , że lata bolszewickiej władzy zrobiły swoje... Skorzystanie z toalety było dla mnie nie lada przeżyciem , szczegółów zdradzała nie będę . . . Wolę lasek  i hasełko - panie w prawo, panowie w lewo . . . Czy czegoś nie przekręciłam przypadkiem . . . ?




Grafika:LwowDworzec1903.JPG


Podziel się

komentarze (1) | dodaj komentarz

Może jeszcze zdążę wprowadzić o pielgrzymce w dniu dzisiejszym , jak obiecałam ,ale dopiero od godziny mam czas dla siebie. . .

środa, 24 września 2008 23:44
Boleję nad tym , że nie mogę wprowadzić muzyki z You Tube. . . 
W dalszym ciągu blokada . . .

Dziękuję Kasi i Tomaszowi, wiadomo za co.  Nie każdy zdobędzie się na coś takiego.




 

Gawęda o Lwowie. . .         dedykowana  X Maciejowi Pliszce




Ile smutku było we mnie

a wesela ile uśmiechem

w mijane pola wrysowane. . .

Na co komu statystyka

gdy serce jak zboża łany

między zlewiskami

Morza Czarnego i Bałtyku

wodami Pełtewy oblewane

zdarzeniami dawnymi,

wpisanymi w koronę

polskiego Królestwa

krwią i łzami rycerstwa,

w krawędzi Roztocza i Podola,

gdzie w Pobuża stronę skierowany

stoi gród przepięknie zbudowany

przez Daniela Halickiego,

który ku czci syna swego, Lwa,

Lwowem go nazywa.

Teraz dostojne z kamienia lwy

stojące tu i ówdzie

spór zacięty toczą,

który z nich dostojniejszy.

Kiedy miasto przejął Kazimierz III Wielki,

w 1340. na prawie magdeburskim

swą świetność zyskał na bursztynowym szlaku.

Mieszkali tu Polacy i Żydzi, Rusini i Ormianie,

także Włosi, Węgrzy, Niemcy i Tatarzy.

Nikt nikomu w drogę nie wchodził,

jak to teraz za sprawą polityki bywa.

Wszyscy w zgodzie żyli .

Obecnie Lwów miastem zachodniej Ukrainy.

Choć dzieje miał bogate w liczne wojny i potyczki

od epoki Grodów Czerwieńskich po niemiecką okupację

i Sowietów rządy wieloletnie raniony,

to wspomnienia wciąż żywe o dawnej świetności

I. i II. Rzeczypospolitej i kulturą polską obrosły

kamienice stare przy rozległym bulwarze,

po którym teraz tubylcy i turyści chodzą

rytmem czasu minionego harmonią wczytaną

w zabytki, które dumą przeszłości się unoszą. . .

Tu Uniwersytet Lwowski. Tam Teatr Skarbkowski, 

Teatr Miejski i Cmentarz Łyczakowski.

Idę Prospektem Swobody swobodą lekką,

a teraz kredką rysuję Wzgórze Zamkowe

skąd panoramę miasta widać.

To tu kościoły co jedność głosiły ponad podziały.

Sobór św. Jura, katedra ormiańska i cerkwie,

katolickie - Bernardynów i Jezuitów,

Katedra Łacińska, ją w linijce samą zostawię. . .

A wszędzie ten sam Bóg co ludzi chce zbawić. . .

Światło elektryczne z boku i z góry przeszkadza mi.

Przydałaby się w tej chwili lampa naftowa

i świecy zaduch przymilny, pióro prawdziwe,

co by klimat właściwy stworzyły.

Jakaś nostalgia za starym światem,

za tym co było i wiosną, i latem. . .

Patrzę i widzę. Właśnie mijam dawne style

w uliczkach lwowskich znaczone gotykiem.

Niewiele tego. Więcej renesansu, baroku. . .

Klasycystyczne, modernistyczne, socrealistyczne

budynki obchodzę, nie omijając SZCZEGÓŁÓW. . .

Na fasadach zdobienia, ornamenty i attyk. Dużo tego.

Co widzę? Rzeźby. Klasyczne. Frywolne. Wyraziste.

O, nawet współczesna z podobizną Szwejka.

A on jak tu się znalazł? Zwyczajnie.

Austro - Węgry też miały tu swój udział. . .

To niedaleko Kawiarni Wiedeńskiej , w której kawę piłam . . .

Nawet smaczna była.

W złym stanie podwórza. Nie najgorsze fronty.

Ossolineum. Politechnika Lwowska. Uniwersytet Lwowski.

To bez komentarza zostawię i swoją gawędę

dzisiaj z nostalgią pożegnam piosenką o Lwowie . . .



Panorama Lwowa z wieży ratuszowej

 

Podziel się

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dzisiaj o operze lwowskiej i nie tylko o niej . . .

wtorek, 23 września 2008 11:10

Jaka szkoda, że You Tube nadal zablokowane, dziś przydałaby się opera Moniuszki. . .

 Jest już You Tube, za miast Moniuszki - "Dwa serduszka, cztery oczy ..."




Gmach opery

 

 

 

Spacerem po Lwowie . . . Opera i moje przemyślenia . . .

 

Uczestniczyłam w wielu pielgrzymkach krajowych i za granicą.

Każda z nich była na swój sposób atrakcyjna. Niemal każdą z nich

z radością wspominam . Wydawało się, że ta aktualna, a nie inna, jest najlepsza,

a przecież wszystkie były wyjątkowe . . .  Bywało różnie. Kiedyś najwięcej

śmiałam się, innym razem byłam oszołomiona tym i owym , kiedy indziej smutna

albo zachwycona lub niewyspana, bo spało się po trzy albo cztery godzinę na dobę . . . Mogłabym ciągnąć w nieskończoność te odczucia . . .

Tym razem jednak była to bez wątpienia najtrudniejsza dla mnie podróż z powodu

mej przypadłości, którą krótko określić można niemocą chodzenia. Może dlatego ta pielgrzymka stała się dla mnie tak bardzo ważna? Po latach wspomina się to,

co może było koszmarem, jako wcale nie takie zło, jakie nam się wcześniej jawiło.  

Opiszę kiedyś wycieczkę do Kaliningradu, to będzie dobry przykład na to,

o czym teraz piszę . Ciężkie chwile głęboko zapadają w duszę , ale rodzą swoiste

owoce. Gorzki smak zamienia się w słodycz, ale by to odkryć, trzeba dojrzewać

do tego latami. Znowu się rozpisałam.

Lwów.  Tyle o nim słów. Pamięci. „Nie ma to jak Lwów...” Piękne miasto.

Gdy siedziałam na skwerku przed operą, odniosłam wrażenie, jakbym była u siebie. Wcześniej w żadnym europejskim mieście tak nie czułam się .

Jedynie w Rzymie zdawało  mi się , że znam to miasto na pamięć,

że kiedyś w innym czasie tam byłam,  zgadywałam, co będzie za rogiem ulicy i było. . .  (myślenie niekatolickie . . ., a przecież może tak być , że czyśćcem czy piekłem,

czyli karą za grzechy jest ponowny powrót na ziemię jako wyznacznik pokuty,

czy może być większa kara, jeśli każdy zostanie potraktowany, na co zasłużył?

To nieźle nagrzeszyłam, skoro tyle się wycierpiałam w życiu obecnym . . .

Gotowanie w smole jakoś do mnie nie przemawia. Ugotować w niej można co

najwyżej smoka. . .  Pewnie teraz na powtórkę mnie nie skażą? Oberwie mi się

za to od ortodoksów. A co to, nie mogę samodzielnie myśleć i nowych teorii

wymyślać?

Innym wolno a mi nie? Właściwie to reinkarnację inni wymyślili, moje myślenie

jest bardziej odkrywcze, bo idę we właściwym kierunku, ale wszystkiego nie

zdradzę , bo mi zaraz sekta wykwitnie, a tego nie chcę  . . . Czy ktoś usłyszał

mój śmiech? Mądry to właściwie odbierze, a ten drugi może u mnie zapisać się

na nauki. . .  

Może ktoś udzieli przy okazji wykładu w formie reprymendy ( w zasadzie i tak

go nie posłucham , jeśli racji mieć nie będzie, jeśli tak , to czemu nie. . . ,

znajdzie się ktoś taki? ,  a może kogoś zmuszę do myślenia?

Kto wie. . . Co mnie spotka za nieprawomyślność? O, jejku, jaki długi nawias mi

wyszedł....ale czy można ganić kogoś za gadulstwo pisemne, jeśli natura hojnie

wyposażyła? Kto policzy, ile pytań w tym nawiasie? Myślę, że szczęśliwa liczba.

Jak powinno być, liczba czy cyfra? . . . Jeszcze arytmetyka  wyskoczyła,

a nawias zaraz się skończy. . . .    ). „Pomożecie? – Pomożemy,” dialektyka

i co jeszcze? Czytajcie to przez „palce”, bo sobie pożartować lubię .

Nie bądźcie tacy „serio”, a jeżeli komuś nie podoba się, niech nie czyta.

Proste rozwiązanie zawsze

najlepsze.

Jeden z księży świetne kawały opowiadał, nie dość, że rozbawiał, to jeszcze

oberwało mu się od niemającej poczucia humoru pani.  Przez takie zachowania,

zaczęłam ten tekst cenzurować, wycięłam co bardziej drastyczne sceny,

by nikogo nie gorszyć, ale w pewnym momencie przestałam , bo pozbawiłabym

ducha tę wypowiedź, a suchych , sterylnych tekstów macie nadmiar, przecież to

nie podręcznik. . .

Ad rem . . . Siedzę zatem na ławeczce. Ludzie chodzą w jedną i drugą   stronę.

Niektórzy to turyści. Dużo Polaków.

Spotkani przeze mnie Ukraińcy sympatyczni. Nie czuję wrogości.

Może jej nie zauważam. Ktoś był innego zdania. Kropla w morzu. . .

Wchodzimy do opery, od niej zacznę , bo najważniejsza. Dla mnie najważniejsza.

Już widzę , jak wchodzę do loży ślicznie ubrana. Szkoda, że mało czasu, bo

zdradziłabym szczegóły. . . W loży siedzę, gdzie by indziej. . .

Nie na galerii, ( na galerii siedzę u siebie w mieście. . . ) . Przy mnie jakiś hrabia.

Za mną książe. A z dołu król spogląda. Na mnie oczywiście. . . W końcu królową

w Olesku zostałam.  ( Co sobie znajomi pomyślą ? Znowu spotkam się z wyrzutem

jakiejś zawiedzonej , że za mało o zabytkach piszę . . .  A wiedza gdzie się podziała, 

 w kopalni internetowej to jej mało, jak ktoś czegoś nie wie, niech sobie poszuka,

to jest blog, czyli zapis myśli,  skrytykują, czytają , a nawet z grzeczności

nie wpiszą się w formie pozdrowienia jak niektórzy – „pozdrawiam cieplutko”;

to młody chłopak wiedział, co napisać i mnie do pisania w swoim czasie zachęcił . . . .  

Grzesiu miał na imię . . .  Co się z nim dzieje?  Dawno od Niego nie miałam wiadomości . . . Wiecie , co mam  ochotę napisać takim , co nie wiedzą , jak się w danej sytuacji

zachować? (W końcu nauczycielką z wykształcenia jestem, podwójna specjalizacja . . .)  Nie napiszę , bo to dopiero by było  . . .).  Tylko Grażynka mnie pochwali i powie - 

 „niech ktoś tak zaraz napisze, nikt tak nie napisze”, ale co mi po tym jak większość skrytykuje? Mąż doda – „po co tyle czasu marnujesz, lepiej byś odpoczęła, na  co to komu? Ja mu odpowiem  - „piszę, bo głosy słyszę”... dla tego spojrzenia , którym mnie obdarzy, tak powiem . . .

Trzeba naprawdę źle mieć w głowie, by tyle za darmo pisać. Co mi tam ktoś

truł będzie. . .  Robię to, na co mam ochotę . . .

Od czasu do czasu jakieś wkręty wiedzy ogólnej będą, choćby zaraz...  

 

Zacznę od historii.

4 października 1900 roku odbyło się uroczyste otwarcie teatru

w   obecności – Ignacego Paderewskiego, Henryka Sienkiewicza, Henryka

Siemieradzkiego, prezydenta miasta Godzimira Małachowskiego i innych osób . . . Gmach opery poświęcił arcybiskup katolicki obrządku ormiańskiego – Izaak Mikołaj Isakowicz.

Inauguracyjnymi występami były – widowisko poetycko – choreograficzne :

„Baśń nocy świętojańskiej” – Jana Kasprowicza (słowa) i Seweryna Bersona (muzyka),

„Janek” – Wł. Żeleńskiego,

i komedia „Odludki” – Fredry.

 

 

Ciąg dalszy dla wytrwałych. (Młodzież mnie powinna czytać. . .)

 

Interesująca architektonicznie opera znajduje się w sercu Lwowa.

Bogata w dzieła rzeźbiarskie i malarskie jest ośrodkiem kultury.

Ma 3000  m2 powierzchni (ta dwójka chyba powinna być wyżej . . .).

Prostopadłościan. Tak to się nazywa? Może coś pokręciłam?

Budowlę kończy miedziana kopuła. Lubię takie.

Trzeba to zobaczyć na własne oczy. Odrzewia drzwi wejściowych przyozdobione są portalem z jońskimi pilastrami ( niezwykle udane nazewnictwo. . .).

Gzyms oddziela rustykalny parter od pierwszego piętra, gdzie znajduje się loggia z trójłukową arkadią i podwójnymi kolumnami korynckimi. Między oknami – kolumny

jońskie.

Trzeba to zobaczyć na własne oczy.  Żaden opis nie odda  wartości tych wspaniałości . . .

Są tu rzeźby Tadeusza Baręcza, Juliusza Bełtkowskiego, Juliana Markowskiego oraz Antoniego Popiela.

Nie można ominąć takiego szczegółu – odrzwia drzwi wejściowych ozdobione są

portalem z jońskimi pilastrami ( sama nie wiem , dlaczego to ostatnie słowo tak mi się podoba?, prawie jak choinka

w domu ulubionej mojej cioci Tosi . . . ).

To wszystko połączone białomarmurowym  medalionem z portretem

Z. Gorgolewskiego.

Widownia mieści 1200 widzów.

Uwagę zwraca główna kurtyna, której pomysłodawcą jest Henryk Siemieradzki. Wspominała o tym pani Luba, nasza przewodniczka,

przez wszystkich postrzegana jako osoba niezwykle ciepła,

bezpretensjonalna, o dużej wiedzy i kulturze. Po raz kolejny dziękujemy Jej

za wszystko!

Uwagę skupiają na sobie alegorie –

komedii – Talia,

tragedii – Melpomena,

poezji sakralnej  - Polihymnia,

poezji miłosnej – Erato.

 

 

Grafika:Lwow opera Komedia.jpg Talia

 

 

Grafika:Lwow opera Tragedia.jpg Melpomena

 

 

Grafika:Lwow opera Polihymnia.jpg Polihymnia

 

 

 

 

Grafika:Lwow opera Erato.jpg Erato

 

Na tym nie poprzestanę . . . Zapraszam na następny raz na przechadzkę bulwarem i nie tylko . . . Jaka szkoda, że zablokowali mi You Tube , Ci z Wirtualnej nie spieszą  się z naprawą . Bez muzyki niczego nie lubię , jakiś czas Tu pobędę, bo dopłaciłam

do interesu  - 10 zł polskich, wykorzystam to, dalej płaciła nie będę, bo i po

co się narażać niektórym i pieniądze tracić , lepiej potrzebującym na piwo dać

albo na tacę w parafii . . . A kto będzie chciał,  niech, do Wirtualnego Salonu Laury, trafi

(adres w ulubionych na pierwszym miejscu. . .,

w obecnych czasach autoreklama wskazana. . . ) – Krystyna.

 


Podziel się

komentarze (0) | dodaj komentarz

Jakie są Twoje relacje z innymi ludźmi? Czy masz przyjaciół? Jeśli tak , to jak to ma się do życzliwości, która jest przejawem miłości do drugiego człowieka?

piątek, 19 września 2008 22:14

 

 

 

O miłości słów kilka . . .

 

Miło minął mi dzisiejszy dzień. Wyjątkowo miło. W towarzystwie szkolnej koleżanki, przyjaciółki.

Bywają takie przyjaźnie. Trwają latami. W czasach posuchy, ulewnego deszczu,

w grzmotu odgłosach, gdy poranna rosa, podczas zadymki, w czas pielgrzymki, w tysiącu innych

sytuacjach. . .

Nawiążę do pielgrzymki. Razem podróżowałyśmy do polskich sanktuariów

i zawsze coś ciekawego nam się trafiało, bo my nie tylko się modlimy. Normalne z nas kobiety.

Sekretów nie zdradzę, a byłoby się z czego pośmiać. Oj, byłoby, było, ale te niuansiki pozostawiam

do realizacji w  bardziej kameralnym klimacie...

Grażynka, bo to o niej piszę , chrzestna mama mojej córki, zawsze traktowała mnie, jakbym była

nie z tej planety. . . Odrobina w tym racji , bo w moich żyłach płynie krew  - A Rh - , a tę podobno mają ,

według niektórych pseudonaukowych dowodów, nieliczni, w dodatku mają to być potomkowie kosmitów.

Ciekawe, ile we mnie procentów kosmitki? Kto to zmierzy i kiedy? Pytania same nasuwają się  nieproszone. . .

Zatem Grażynka, ile razy razem wyjeżdżała ze mną , to uważała, że musi się mną opiekować, torby mi nosiła,

 bo niby ja taka delikatna jestem... Coś podobnego . . . Tak mnie widzi, nic na to nie poradzę. . .

Pyta, Krysia, co ty tam takiego włożyłaś, że to takie ciężkie? Odpowiadam , że nic takiego, ale przygotowana

jestem na każdą okoliczność.  . . Nie chcę jej tej torby dać , a Ona mi wyrywa. . . Czy ktoś ma taką koleżankę?

A ja miewam wyjątkowego pecha, który zawsze przydarza mi się w Częstochowie.  Prawie co roku tam bywamy.

Bo to święte miejsce bez wątpienia. Grażynka lubi tam ze mną jechać, bo uważa, że mam szczególne łaski. . .

Wchodzimy do kościoła, tam tłumy, Grażynka mówi , tak chciałabym być blisko obrazu Matki Bożej,

ale nie ma szans. Mówię, zaufaj. Biorę Ją za rękę i prowadzę. A Ona się dziwi, bo się nie rozpycham,

ludzie sami ustępują miejsca i za moment jesteśmy na stopniach ołtarza i tak za każdym razem. . .

Nadziwić się nie może. . . Sama nie wiem, jak to się dzieje. . .Kiedyś przyjeżdżamy, a tam deszczowo.

Kilka kobiet w pokoju. Martwią się . Nie zabrały parasoli. Wybierają się na czwartą rano do kaplicy

na czuwanie, nieco zgorszone moją postawą , bo mówię , że wcześniej jak o szóstej nie mam zamiaru wstać. . . 

Jedna pyta, czy nie pożyczę lakieru do włosów, dwie inne proszą o co innego, bardziej intymnego.

Nie podoba mi się to , nie dlatego bym chytrą była, ale myślę sobie , skoro wszystko ze sobą, co niezbędne,

wożę, dlaczego innego tego nie robią . . . Ale użyczam . . . W obawie, by mi któraś „przypadkiem” parasolki

nie wzięła (przeszłam wcześniej przez takie doświadczenie), schowałam ją pod materac. Rano budzę się

z okropnym bólem głowy, ruszyć się nie mogę. Grażynka przerażona. 

Nie mamy przy sobie leków, przyprowadza siostrę , która podaje mi jakieś tabletki, ale one dopiero po godzinie przynoszą małą ulgę. Jeszcze boli, ale w końcu przyjechałam do sanktuarium,  a nie wylegiwać się.

A tu leje jak z cebra. Szukam parasolki. Nie ma. Grażynka przeszukała wszystko, co się da.

Mówi- „a to baby, zabrały nam parasol, jak my wyjdziemy”. Nagle olśnienie...

Parasolka była, gdzie ją włożyłam.  Śmiałyśmy się do rozpuku. Po nabożeństwie wybrałyśmy się do miasta.

Weszłyśmy do jakiejś restauracji, by się pokrzepić tym i owym, i odpocząć od pielgrzymkowych koleżanek ,

 a za nami nasz pielgrzymkowy detektyw. . . Wychodziłyśmy

w pośpiechu, by go zgubić i to się udało, ale przy okazji tego falstartu złamał mi się piętnastocentymetrowy obcas u buta. Nie miałam przy sobie zapasowych.  

Chodzimy od sklepu do sklepu, a tam albo nie ma

mego rozmiaru, albo brzydkie, na takie nie będę przecież pieniędzy wydawała . . .

Grażynka przejęta, jak ja w takich koślawych butach na górę wejdę. . .

Mówię nie martw się pójdę boso, dawniej tak ludzie chodzili

i dobrze było. A Ona robi zdziwioną minę i obawia się , że sobie bąbli przysporzę .

W końcu udało się jakieś pepegi kupić. Dobrze, że mi do spódnicy kolorem pasowały.

O innych perypetiach tego dnia wspominać nie będę.

Dlaczego o tym napisałam? Tyle szczegółów jednego zwykłego niezwyczajnie dnia w ważnym miejscu.

Kto z czytających zwrócił uwagę na troskę , którą okazywała mi moja przyjaciółka?

Czy to przypadkiem nie przejaw prawdziwej ludzkiej miłości człowieka do człowieka (kobiety to też . . .),

takiej, jakiej oczekuje od nas Bóg – „Miłuj bliźniego swego jak siebie samego . . .”? 

 

 


Podziel się

komentarze (1) | dodaj komentarz

Po raz kolejny zrobiono bałagan na mym blogu, będę miala pracę dodatkową z naprawą . . . Potem zobaczymy. Przy takich kłopotach odechciewa się prowadzenia bloga.

piątek, 19 września 2008 9:12

Grafika:Niepokalanów - kościół.jpg

 

 

 

Napisane w Niepokalanowie. . .

 

„Jesteśmy jedną rodziną” . . .

 

Powrót z Ukrainy... Nie wspomnę o postoju na granicy . . . 

Po dziewięciu noclegach na kresach, pierwszy w Polsce, w Niepokalanowie,

grodzie Maryi, miejscu działalności franciszkanina –

św. Maksymiliana Marii Kolbego

z siedzibą  Wydawnictwa Ojców Franciszkanów i Radia Niepokalanów .

Po porannej Mszy św. w kościele, który jest sercem sanktuarium,

obfite śniadanie.

Wszędzie nas , czyli pielgrzymów, dobrze karmili. Nikt głodny nie chodził,

a i spanie miał wygodne.

Siedzę na ławeczce w zaciszu klasztoru Niepokalanego Poczęcia N M P ,

którego klockowate budynki z celami zakonników nie interesują mnie,

patrzę więc na zieleń i wystawioną bryczkę, medytując o ostatnim czasie.

Obok w garażu nowoczesne auta., taka uroda współczesności.

Bryczka, czy powózka, jak zwał, tak zwał, dla osłody i nostalgii;

auta do jeżdżenia; logiczne.  Po alejkach przechadza się babcia

z wnuczkiem i wszystko mu tłumaczy, w końcu pyta, może i ty kiedyś

zostaniesz zakonnikiem? Martwi się , bo u osiemdziesięcioletniego zakonnika

z zaćmą zamknięte jest okno, więc dziś go o zdrowie nie zapyta . . .

To prawie finał pielgrzymki, która dla mnie stała się swoistym krzyżem ,

a jednak wracam z niej szczęśliwa i bogatsza o nowe emocje i wrażenia.

Z narzekania nic dobrego nie wynika, więc choć niewymownie bolało przy stawianiu

niemal każdego kroku, pogodę ducha zachowałam do końca. Siła woli to jest to,

co daje człowiekowi przewagę nad przeciwnościami. Słyszałam , że „kwitnąco

wyglądam”, czy miałam wyglądać jak „umarlak”?  Gdy jednak współtowarzysze 

przekonali się , że cierpię, wtedy niejeden z nich służył pomocą , choćby w niesieniu

bagaży i za to jestem ogromnie wdzięczna, jak i za krzepiące słowa i uśmiechy.

Szczególnie dziękuję organizatorowi pielgrzymki, X Maciejowi,

który do tej podróży gorliwie zachęcał i okazał mi , także i innym pielgrzymom

dużo troski i ciepła. Potrzeba nam takich kapłanów. Pomagał mu sympatyczny

kleryk Bartosz, który także wzbudził sympatię , a jako, że pominęłam Go

przy ogólnym składaniu podziękowań, swoje niedopatrzenie teraz naprawiam

i dziękuję od siebie, i pozostałych osób.

Dużo radości wnieśli swą obecnością księża – Grzegorz i Krzysztof.

Taka wesołość , którą w sobie „noszą” miła jest Bogu.  Dzięki Nim, podróż

nie dłużyła się. . .

Jacy ludzie, taka atmosfera. Pielgrzymi, mam nadzieję , nie najgorzej

się zachowywali, ale to powinni ocenić Księża , więc  Im w „paradę” wchodziła

nie będę. Pielgrzymka to nie tylko modlitwa i odwiedzanie sakralnych siedzib,

to także obcowanie ze sobą, zwiedzanie świata i poznawanie nowych ludzi. 

Luba Lewak. Nasza przewodniczka po Lwowie, Wołyniu i Podolu.

Matka – Polka. Patriotka. Mówi piękną polszczyzną, wciągając słuchaczy

w swoje opowieści.

Opowiedziała o wychowaniu w miłości do ojczyzny w jej rodzinnym domu,

o prześladowaniach Polaków za czasów sowieckich, o tajnych lekcjach religii

w prywatnych domach. Gdy zaczyna mówić o swej I Komunii Św.,

zaczyna płakać...

Jej dramatyczne opowiadanie o sukience z Hostią, którą przysłała ciotka,

o tym , że najważniejsze odbywało się ukradkiem, że  w przedsionku całuje

księdza w rękę, a on ją głaszcze po głowie, wywołuje emocje ...

Podczas rezurekcji chłopcy rzucali petardy, a kobiety ustawione w szpaler

stanowiły ochronę przed milicją. Podobnych historyjek usłyszeliśmy więcej.

Pani Luba z wielkim pietyzmem oprowadzała nas po ziemi przodków.

Jej zaangażowanie, wiedza i mądrość życiowa wniosły wiele do opowieści

i zainteresowały słuchaczy. Bóg nie bez powodu stawia na naszej drodze

życiowej wielu ludzi, byśmy przez nich i z nimi mogli się rozwijać .

We Lwowie w kościele grekokatolickim usiadłam w pierwszej z brzegu ławce.

Przyglądał mi się starszy pan, wymieniliśmy uśmiechy

i zaczęliśmy rozmawiać o religiach, narodach i nacjonalizmie.

Zauważył, że błyszczą mi się oczy jak u poetki . . .” Miłe to było . . .

Jego poprawność j. polskiego wskazywała na to, że jest Polakiem okazało się ,

że jest Ukraińcem.

Michał Kowalka, artysta, rzeźbił figurki świętych do kościołów lwowskich.

Opowiadał

o swojej pracy, o ogromnym wysiłku człowieka, który w niesprzyjających

warunkach politycznych pragnie realizować swe pasje.

Zapraszał na dalszą rozmowę do kawiarni, ale niestety musiałam

podporządkować się rygorom grupy. . .

Za tę rozmowę  otrzymałam kolejną „czerwoną kartkę” od X Krzysztofa,

który „rejestrował”, ile razy rozmawiałam z mężczyznami w różnym wieku,

były też i „kartki żółte” za mniejsze wykroczenia. Ilości nie zdradzę,

w każdym bądź razie, trefnych kartek pozbywałam się kolejno, w miarę

jak wspomniany „sędzia” łagodniał pod wpływem mych słownych sztuczek. . .

Nie powiem, że brakowało nam poczucia humoru. . .

O innych ludziach, spotkanych na pielgrzymich szlakach, 

opowiem następnym razem,

a że pielgrzymka była bogata w różne spostrzeżenia i emocje, więc będę

do niej często wracała, przybliżając atmosferę tych niepowtarzalnych dni . . . Krystyna.

św. Maksymilian Maria Kolbe

 


Podziel się

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zachęcam do zwiedzania. . .

sobota, 13 września 2008 11:06

 

 

 31 sierpnia w niedzielę duża atrakcja.   Przejazd miejscowymi „busikami” do Uścia. Rejs statkiem – „Bukowina” Do Bakoty, gdzie są skały klifowe i cerkiewki skalne. . .  W niedzielę wstaję z wielkim bólem.  Mówię do swej wsółltowarzyszki Izy, że nie ruszam się z miejsca. Nie idę na śniadanie. Nocleg w tym samym miejscu, więc zamierzam zostać, ale nie pomijam czynności związanych z poranną toaletą. Jak się okaże, całkiem słusznie. Nasz przewodnik nie daje za wygraną , puka i pyta , co się dzieje.  Na nic moje „biadolenie”, przekonuje mnie, że mam jechać, że sobie  poradzę i że to wielka atrakcja. Muszę to zobaczyć.  Ponagla, gdy oponuję, w każdym punkcie ciała, czując ostry ból.  Co mam na takie dictum odpowiedzieć? Mobilizuję się.  Za wiele Tej osobie zawdzięczam, by się tak bezgranicznie poddać niemocy . . .  Wyjeżdżam ze wszystkimi.  Winna jestem przeogromną wdzięczność młodemu, mądremu kapłanowi, który okazuje tyle troski. Gdyby nie Jego perswazja ominęłoby mnie tyle emocji. . . Było na co patrzeć. Trzeba tam być, by to zrozumieć . Odległe dwa brzegi, pośrodku stateczek. . . Pięknie dookoła. Harmonia. . . Cuda przyrody.    Pasażerowie prowadzą ożywione rozmowy.  Piją kawę.  Niektórzy jedzą drugie śniadanie. Ptaki zalotnie przelatują nad stateczkiem. Istna sielanka. Niemal jak w siódmym niebie. Nie ma tylko możliwości, by właśnie tu, napisać list do Ciebie .  Przystań.  Wszyscy wyruszają na górę do cerkiewek skalnych, ja, jedna zostaję, nie chcę narażać się na dodatkowy ból.   Wchodzę do Dniestru i pośród wody brodzę jak Mickiewicz wśród stepów oceanu . . . . Zanurzam całe nogi.  Nie czuję bólu.  Bryzy traktują mnie łagodnie . . . Przyroda mi sprzyja.  Kamienisty brzeg i wystające klifowe skałki podkreślają charakter tego miejsca.  Gdy tak chodzę z miejsca w miejsce,  myśli układają się w obraz : 

 

  Fale Dniestru

 

 

Ileż to razy biły dzwony mosiężne

znakiem doli wpisanej w oręże,

kiedy wojska na rubieży kraju

w rynsztunku nad brzegiem ruczaju

na uwadze miały ojczyzny dobro.

 

Iluż poległo zdrowych młodzieńców,

ile za nimi wylanych  łez i rumieńców,

kto za nich modlitwy do Boga zanosił

i o zwycięstwo dla nich prosił ,

by wolności znakiem się odrodzili.

 

Dniestru fale ile w sobie tajemnicy kryją,

ile krwi przelanej poranną porą ?

W kroplach rosy jakie ślady kodu noszą ?

Niech nic nie będzie losu zmorą

ani niechcianą metaforą.

 

Uniosła się bryza gniewem na rzece,

nie chce z Amuru falami nucić,

na własną śpiewa nutę w rozterce,

by bezboleśnie można było porzucić

to, co kiedyś ojcowizną było .

 

Płynie środkiem rzeki „Bukowina",

w jurze Dniestru cerkiewka skalna.

Spięła włosy dziewczyna,

na brzegu wyrosła kalina

i głóg czerwienią kusi. . .

 

Stopy swe w Dniestrze obmywam

i myślę, kiedy nadejdzie godzina,

w której proste i jasne się odnajdzie,

a póki co stateczkiem popływam

popatrzę, jak odlatują żurawie . .  .

 

 Zbrucz

 

 

 Powrót.  Uczucie zadowolenia.  Udało się mimo rozterek. . . Gorzej iść pod górę wyboistą drogą. . . Czy moje życie takie nie było?  Było. . . Nie da się tego ukryć . . . Między doliną a górą prześwit promieniami kreśli drogę.  Nie zbaczaj z kursu , to zawsze dobrniesz, gdzie trzeba . . . Tak było i teraz. Wracamy do Kamieńca. Tam, do zwiedzenia słynna twierdza i starówka.  Nie uczestniczę w tym.  Najpierw w otoczeniu katedry, w pięknym ogrodzie, potem w katedrze czekam na Mszę Św. z pielgrzymami, by razem z nimi chwalić Pana za wszystko, co nas w życiu spotyka . . . Bólem odurzona uczę się go lubić . . .

 

 Zamek w Kamieńcu Podolskim

 

 


Podziel się

komentarze (0) | dodaj komentarz

Do niedzieli postanowiłam opisać całą pielgrzymkę .Czy uda się ,kiedy co chwilę muszę przerywać pisanie z powodów ode mnie niezależnych? Zobaczymy, co mi z tego wyjdzie. . .

sobota, 13 września 2008 0:21

 

 

 

 

Grafika:Ukraine Skala Podilska - palace.jpg

Ruiny pałacu Gołuchowskich 

 

 Historycznym herbem Podola jest słońce w białym poluHistorycznym herbem Podola jest słońce w białym polu . . .

 

 

Skała Podolska  - zamek Lanckorońskich i widok na Zbrucz.

 

Image:Zbrucz.jpg

 

 

 

Nogi mam w fatalnym stanie. Coś naciska na nerw i stąd ten niesamowity ból. Zaciskam zęby, ale chodzę. Myślę, co będzie, jak będę musiała zostać w miejscowym szpitalu? Ile kłopotu narobię rodzinie.. . Wydaje mi się , że nie wyjdę z autokaru,  mobilizuję się jednak. Jakimś cudem wyszłam. Nie pomagają żadne środki przeciwbólowe, nawet przysłowiowe „końskie” dawki. W dodatku nie mogę zostawać w tyle... Nadrabiam wszystkim, ile się da. Jak długo? Pewnie mnie na noszach wyniosą po przyjeździe. . . Nie wynieśli, jakoś sobie poradziłam. Co niektórzy przekonują się , że moje wygodne miejsce w autokarze nie jest na wyrost. Jeden z panów zwraca się do mnie stale - „słoneczko”, jak mój Tatuś w przeszłości. Takie jedno miłe słowo powoduje, że ból choć przez moment staje się mniej dokuczliwy. Widocznie był jakiś cel w tym moim cierpieniu...Tylko jaki? Na pewno było to dla mnie nie byle jakie urozmaicenie. Od czasu do czasu ktoś gdzieś podprowadza, ale peszy mnie to i staram się być samodzielna. Postanawiam, że w niedzielę nie ruszę się nigdzie ...Jednak sama sobie nie dotrzymałam słowa, bo wszystko potoczyło się inaczej, niż zaplanowałam . . . Silna wola może przezwyciężyć wiele . . ., mimo wszystko aktywnie rejestruję wszystko, co spotykam. . . Starsze ode mnie kobiety radzą sobie znakomicie. Widać , że zdrowie to nie kwestia wieku . . .  Trudne to dla mnie, bo moim atutem były zawsze prężne nogi a tu nagle  - pięta Achillesowa . . . Powtarzam sobie, by podnieść się na duchu, jeszcze tego masz, doświadczyć. . . Ktoś radzi , by pomodlić się o swoje zdrowie. Kiedy, ja, nie potrafię modlić się o zdrowie dla siebie, bo wydaje mi się , że to byłoby tak , jakbym modliła się o majątek. Nie wypada. Bóg wie, co robi . .  . Za to modlę się w nadmiarze o zdrowie innych i zawsze jest tego długa litania. Mimo bólu nie zatracam kontaktu z otoczeniem.  Widok na Zbrucz, rzekę, która płynie w głębokim jarze, kieruje me myśli we właściwe rejony. Skała Podolska to osiedle typu miejskiego w zach. Ukrainie. W miejscu dwa pałace, mauzoleum i kaplica rodowa hrabiów Gołuchowskich. Wszystko zrujnowane. Są tu też ruiny zamku Lanckorońskich oraz pałacu Tarłów. Zdewastowany jest także stary polski cmentarz. Co jest miarą człowieczeństwa? Poszanowanie tradycji, dobrych obyczajów i pamięć o przodkach jest jego miernikiem. Dlaczego ludzie nie szanują wartości? Systemy polityczne mijają , wartości nie, jedynie bywają omijane . . . Nocleg spędzamy w Kamieńcu Podolskim.  To tam znajduje się największa twierdza Rzeczypospolitej. W katedrze św. Piotra i Pawła znajduje się pamiątkowa płyta Wołodyjowskiego. Pamiątek z zamierzchłej przeszłości wszędzie pełno, Polacy powinni być dumni ze swej narodowej przeszłości, więc nie zapominajmy o niej . Tej nocy śpię wyjątkowo źle. . . Ból się wzmaga. Marzę o pozostaniu w łóżku, ale jak się okaże , nic z tego nie wyjdzie. . . i dobrze! – Krystyna.

 


Podziel się

komentarze (0) | dodaj komentarz

Kolejny etap pielgrzymki . . .

piątek, 12 września 2008 18:37

 

 

Pałac w Zbarażu

Grafika:Ukraine Zbarazh - palace.jpg

 

Przemierzając dzikie pola, bezkresne stepy i zalesione zakątki, nadążamy śladami bohaterów narodowej trylogii...  Brakuje tylko narowistych koni . . . Może z tęsknoty za nimi wybrałam piosenkę o nich w moim ulubionym wykonaniu . . .

 

Grafika:White horse-K8855-1.jpg

   Zbaraż – zamek Wiśniowieckich, kościół Bernardynów, Trembowla – ruiny zamku

i Skała Podolska – zamek Lanckorońskich, widok na Zbrucz, Kamieniec Podolski z zakwaterowaniem w hotelu.

 

Image:Zbarazh.jpg

  Zbaraż  - miasto w Zach. Ukrainie  w obwodzie tarnopolskim.

 

 Miasto na Wołyniu w powiecie krzemienieckim do 1772 r. Do 1918 r. - miasto powiatowe w  Królestwie Galicji i Lodomerii. Następnie do 1939 r. -  miasto powiatowe w woj. tarnopolskim, powiecie zbaraskim, ok. 8 tys. mieszk., zamieszkane przez Polaków, Żydów i Ukraińców.  Księstwo Zbarskie było głównym ośrodkiem książąt Zbarskich. Przejęli je później Wiśniowieccy i Potoccy. Zbaraż trzykrotnie otoczony był przez obce wojska.Po raz pierwszy bronił się tu przed Tatarami w 1474 r. kniaź Wasyl Wasylewicz Nieświeski. Zamek był wówczas drewniany i został spalony wraz z jego obrońcami.W roku 1589 odbudowanego zamku (także z drewna) bronił przed Tatarami kniaź Janusz Zbaraski.  Twierdza została  zniszczona. W 1626 r. zbudowano nowy,  murowany, ufortyfikowany zamek.W 1649 roku mieszkańcy miasta i zamku bronią się przed  najazdem  wojsk kozackich i Tatarami. Oblężony wówczas 14-tysięczny oddział polski bronił się pod dowództwem Jeremiego Wiśniowieckiego przez 43 dni na przełomie lipca i sierpnia w 1649 r. przed napadem ok. 250 - 300 tysięcznej armii kozacko-tatarskiej. 

Trembowla . . .

 

Image:Trembowla01.jpg

 

 Trembowla ma bogatą historię . Nie sposób w kilku zdaniach przedstawić losy tej miejscowości, więc ograniczę się do kilku faktów. Jest jednym z najstarszych miast na Ziemi Halickiej, należącym do grodów czerwieńskich.  W 1340 r. prawem spadku objął te ziemie król Kazimierz Wielki i przyłączył do Królestwa Polskiego. Wymienia Trembowlę Janko z Czarnkowa  i Jan Długosz. W r. Wł. Jagiełło w 1389 r.  w Sieradzu obdarzył Trembowlę prawem magdeburskim.  Nadanie to potwierdzali i rozszerzali  następni królowie. W r. 1448  wracając z Kamieńca, zatrzymał się tu w 1448 r. Kazimierz Jagiellończyk... W r. 1498 miasto ucierpiało przez najazd hospodara mołdawskiego Stefana.  Po najeździe miasto otrzymało od Jana Olbrachta uwolnienie od podatków na 8 lat. W 1515 r. Tatarzy  napadli na Ruś. Hetman ruskiego rycerstwa, Jan Tworowski, obronił miasto. W 1516 r. toczyli z nimi    walkę  Marcin Kamieniecki i  wojewoda podolski, Stanisław Lanckoroński. Napadłszy niespodzianie na czambuł tatarski, znieśli go i odebrali łupy.  W r. 1534 kasztelan krakowski Andrzej Tęczyński wzniósł tu nowy drewniany zamek. Kolejny najazd tatarski . zniszczył Trembowlę .  W XV, XVI i XVII wieku miasto było niszczone podczas kolejnych wypraw Turków, Tatarów i Kozaków. W 1913 r. miasto liczyło 10 000 mieszkańców, w tym 4000 Polaków, 3200 Rusinów, i 2800 Żydów. Na zachód od miasta wznoszą się dziś ruiny zamku kazimierzowskiego, położonego na krawędzi jaru Gniezny.

 

 Image:Anna Dorota Chrzanowska in Trembowla.JPG

 

Zamek zasłynął bohaterską obroną żołnierzy starosty  przed Tatarami i Turkami oraz właścicielki zamku Anny Doroty Chrzanowskiej ( na obrazie. . .), żony komendanta Jana Samuela Chrzanowskiego, która dodawała ducha bojowego, z szablą w dłoni, uczestnicząc w wypadach na wroga. Nosiła ze sobą dwa noże i groziła mężowi, że jednym zabije jego, a drugim siebie, jeśli zdecyduje się  poddać zamek.

 

 Grafika:Trembowla01.jpg

 

Desperacja została nagrodzona i Turcy, z powodu nadciągania Sobieskiego z odsieczą, wycofali się nocą spod Trembowli. Zamek został zniszczony przez Turków w czasie ostatniego najazdu na Polskę w 1688 r.. Z obronnego zamku pozostały jedynie zewnętrzne mury i wały ziemne. U stóp wzgórza zamkowego znajdował się kiedyś pomnik Zofii Chrzanowskiej. W okresie austro - węgierskim poprowadzono przez Trembowlę linię kolejową, wybudowano również dworzec.  Z zabytków wyróżniał się  kiedyś klasztor karmelitów. W mieście była również drewniana synagoga postawiona pod koniec XVI wieku. Na południe od miasta znajdują się ruiny obronnego monastyru Bazylianów  oraz cerkiew pw. św. Mikołaja z początku XVIII w. Konfederacja barska zawiązana została tu przez starostę  Joachima Karola Potockiego i szlachtę, która dzielnie broniła się przed zaborcami.Trembowlę okalały kiedyś polskie wioski Podgórzyny, Zieleńcze,  Zaścinocz,  Mikulińce i Łoszniów z kościołem oraz zamkiem Dulskich.Niestety, nie udało mi się bardziej skrócić dziejów tej miejscowości. Chcąc nie chcąc musiałam zahaczyć o historię, by wiadome było, co z czym powiązać.  


Podziel się

komentarze (2) | dodaj komentarz

Piękna nasza Ziemia cała. . . Miałam wszystko "wgrane" i się skasowało, zadowolona jestem, jak nie wiem co ... i słówka padły . . ., nawet anioł, by się zdenerwował . . . .

czwartek, 11 września 2008 16:26

 

 

 

 

   Krzemieniec na Wołyniu  . . .  

 

Click here for the original photo

 

W ostatniej relacji nie wyjaśniłam , jak  kobiety, które nie miały ze sobą ani jednej spódniczki, weszły do sanktuarium. Są na to przygotowane miejscowe siostry, pożyczają obszerne fartuchy, które po zawinięciu udają spódnice . . . Wydaje mi się , że ortodoksyjni prawosławni mają w tym założeniu wiele racji. Co to za kobieta, co ze sobą spódnicy lub sukienki nie ma?   

 

 

 

Kim bylibyśmy bez rodowodu?   

 Ruiny zamku

         

 

Krzemieniec . . . 

 

Wyczekiwałam latami na spotkanie z tą miejscowością .  Zafascynowana Juliuszem Słowackim jako człowiekiem i poetą , zawsze po cichu marzyłam, by poznać miejsce Jego narodzin. Jak widać , gdy czegoś bardzo się oczekuje, to spełnia się najbardziej niespodziewanie. Może to nagroda za uwielbienie tego poety. Kto wie? Pierwsza wzmianka o Krzemieńcu pojawia się w 1226 roku. W 1440 r. był tu jedyny zamek na Rusi niezdobyty przez Mongołów, a w 1438 miejscowość otrzymuje prawa miejskie.W roku 1795 znajduje się pod zaborem rosyjskim.  Tadeusz Czacki

 Tadeusz Czacki

zakłada Liceum Krzemienieckie w 1805 roku.  Zbiory i liceum krzemienieckie w 1832 r. rząd rosyjski przeniósł do Kijowa w celu utworzenia Uniwersytetu Kijowskiego.W latach 1919 0 -1939 Krzemieniec należał do Polski. Potem liceum znajdowało się pod okupacją sowiecką . Od 1991 r. należy do Ukrainy. Ze względu na przeszłość historyczną jest to wyjątkowe miejsce. Książkowe opowieści przeplatają się z obecnym wyglądem miasta. W miejscu, gdzie urodził się Duch Narodu , Juliusz Słowacki - tablica pamiątkowa.

 Dworek Juliusza Słowackiego

 

W dworku , w którym mieszkał  z rodzicami mieści się muzeum , w którym znajdują się pamiątki po Słowackich i Januszewskich. Matka poety , Salomea, była uzdolnienia artystycznie, pięknie malowała i tkała. Prowadziła salonik literacki. Przebywanie w jej saloniku było dla mnie niemałym wydarzeniem . Na planszach przywołane są cytaty z jego utworów i listów, przede wszystkim do matki. Eksponaty prezentowane są w stylowo urządzonych wnętrzach z pierwszej połowy XIX wieku. 

 Grafika:Genese.gif

  W miejscowym kościele katolickim nie ma wielu parafian, najwięcej wśród nich jest startych Polaków. Młodzi stworzyli polsko – ukraińskie rodziny, przyjmując obrządek prawosławny.

 

Kościół katolicki w Krzemieńcu

W dawnej Galicji, gdzie nikt nie mówił jeszcze o ekumenizmie, obok siebie były dwie narodowości i dwa wyznania, córka dziedziczyła religię po matce a syn po ojcu. Po   Mszy św. w kościele kilkuletni chłopiec deklamował  - "W pamiętniku Zofii Bobrówny" - J. Słowackiego.. Wypadło to bardzo uroczyście. Niebagatelną rolę w historii miasta odgrywa Liceum Krzemienieckie, to w nim uczył się Juliusz Słowacki.

 

 

 

 

 

 

Wszystko o  Krzemieńcu mówi ten wiersz : 

„ Na dnie wąwozu w pierścieniu gór

z wieńca wyrastają świątynie i domki Krzemieńca

mur licealny jak głaz wśród rupieci.

Spoza drzew i konarów bielą murów świeci,

przed nim sobór się rozsiadł piękno z każdej strony,

lecz wielkość murów znika w cieniu murów Bony.

Na ich szczycie zamczyska ruin wieniec stary

ponoć w nocy tu błądzą jakieś straszne mary.

Pięknie tu wśród majowych wiosennych promieni

ale smutno ponuro w dni szarej jesieni,

z brzóz gałęzi i ruin obrazek prześliczny.

Lato nieraz przypomni nam kraj egzotyczny.

Iu pomnik Słowackiego wzniosła twórcza siła,

tu matki Słowackiego grobowiec mogiła,

tu starością się chlubi najmniejszy zakątek,

każdy domek wygląda na skarbiec pamiątek. . .  

Bazyliańska dzwonnica co dzień ludzi woła.

Parafialnego w liściach widać biel kościoła.

Furty w murach kapliczki starej zapomniane.

Chatki w ziemię zapadłe w zieleni schowane.

Wszędzie zieleń soczysta kaskadami tryska.

Wokół miasta lasy skały i urwiska.  

Kiedy śniegu puch spadnie na drzewa i mury,

kraje z bajek przypomną ruiny i góry.

W dziwolągi się zamienią sosny,

jodły ich siostrzyczki jak białe widma

stoją na straży kapliczki.

Dworki w śniegu utoną .

Ulica się zmienina w bieli nietkniętej,

ujrzysz szereg cieni j ak duchów zbiegowisko .

Kształt każdego lasku,

jak widma wyglądają sosenki o brzasku.

W wąwozach ośnieżonych drzewa aż się łożą

i gałęziami się zwarłszy biały tunel tworzą.

Drogi traktem się ciągnie lub kędy się zdarzy

piękne w lesie są tory piękny szlak narciarzy. . ." 

 

Tyle o Krzemieńcu w wierszu.

 

Z wielkim szacunkiem przyglądamy się Ziemi Wołyńskiej i pozostawionym na nim świetlanym śladom polskiej przeszłości. Kim bylibyśmy bez świadomości rodowodu ? . . .      Krystyna.

 

 

 


Podziel się

komentarze (1) | dodaj komentarz

Moje wrażenia z pielgrzymki po kresach . . .

środa, 10 września 2008 16:39

 

 

 

 

 Poczajów ...

 

 

 Podróżowanie autokarem ma swoje plusy i minusy. Najwygodniej wsiąść do samolotu i przemieścić się z miejsca na miejsce. Cudowna sprawa. W samolocie czas szybko mija, a to za sprawą dobrej obsługi, jakiegoś drinka, popatrzenia sobie z góry, jeśli widoku nie przesłaniają chmury... Wszystko jak na tacy podane... Samo cacy, cacy. Z autokarem gorzej choć nie najgorzej . . . Jedziesz i jedziesz, czasami końca nie ma. Trudno potem kości rozprostować. A jednak korzyści więcej. Popatrzysz sobie do woli na pola i lasy, góry, niziny, jeziora i rzeki. Przez mostu kładkę, przez długość tunelu, zaglądniesz wszędzie dla duszy radości. . . Ludzi poznasz z innej strony. Zawsze wyjdzie szydło z worka . . . Przyjaźnie nowe  zawiążesz albo i nie. O sobie samym dowiesz się ... Nauczysz się żyć w grupie. Od Ciebie zależy, jaką lekcję z tego wyciągniesz.  Na naszej pielgrzymiej trasie – Poczajów. . .Miasto w rejonie obwodu tarnopolskiego, w rejonie krzemienieckim.W roku 1778 Stanisław August, w granicach Rzeczypospolitej, nadał prawa miejskie i herb.  Miasteczko jest nieduże.  Leży na wzgórzu między Brodami a Krzemieńcem i jest ośrodkiem pielgrzymkowym grekokatolików i prawosławnych. Jest wysokiej klasy zabytkiem. Legenda mówi, że na szczycie góry objawiła się w słupie ognia Matka Boska, zostawiaj ąc na skale swój ślad. W tym miejscu, w malutkich pieczarach w XIII wieku zamieszkali prawosławni mnisi. Miejsce nabywało rozgłosu.  W 1527 r. Zygmunt I Stary nadał specjalny przywilej. W1648 r. zbudowano nowa cerkiew o charakterze obronnym, a w 1675 r. klasztor obronił się przed Turkami i Tatarami. Natomiast w 1720 r. bazylianie przejęli klasztor, greckokatoliccy jezuici, w wyniku czego w 1773 r. ukoronowano papieskimi koronami obraz Matki Najświętszej. Po powstaniu listopadowym klasztor przeszedł w ręce prawosławnych. Pod opieką carów stał się ośrodkiem tępiącym katolicyzm i Polaków.  Stał się twierdzą prawosławia.  Sowieci zamienili część klasztoru na muzeum ateizmu.  Widok na Ławrę Poczajowską

 

Grafika:Pochaev.jpg

Monastyr Poczajów wywiera wielkie wrażenie pięknem zabytku, architekturą i specyficznym klimatem zewnątrz i wewnątrz świątyni. Nasze panie zobowiązane zostały do założenia spódnicy, bo kobietom bez spódnicy i chustki wstęp wzbroniony. A w spódnicy były tylko dwie, oprócz mnie jeszcze jedna pani, pozostałe były w spodniach, czego zrozumieć nie mogłam , bo czuję się w spodniach jak traktorzystka. . . Od rana do nocy w portkach . . Okropność. . .  Dla mnie przynajmniej . . . Na wszelki wypadek miałam spodnie ( nie dżinsy, czarne ze srebrną lamówką na noc w autobusie, jak tylko nadarzyła się okazja, to je zdjęłam, ile godzin można w nich wytrzymać...)  Miałam też ze sobą spodnie „trzy czwarte” na wszelki wypadek, które w ostateczności, przy większym luzie, toleruję.   Inne kobiety przekonywały mnie, że w spodniach wygodniej ... komu wygodniej , to wygodniej , mnie nie. Nawet sprawy fizjologiczne w razie czego łatwiej w spódnicy pokonywać . . . Przy okazji nasuwa mi się pytanie, czy kobiety przestały odczuwać jak kobiety? Pomieszanie płci? Mnie moja kobiecość napawa radością. . . Miałam ze sobą chustki, ale one mi pasowały na ramiona, więc poniekąd „zmuszona byłam”,  sobie kupić  jakąś twarzową, to i kupiłam brązową , przewiewną dziurkami, ktoś powiedział, że wyglądam w niej jak Hiszpanka, ale nie najlepiej czuję się w chustce, wolę toczki i kapelusze. . . Byli mężczyźni , którym kobiety w chustkach bardzo się podobały. . . To nie koniec perypetii. Gdy wchodziłam do cerkwi, jakaś kobieta zwróciła mi uwagę – „wytrzyj szminku...”. Nie napiszę, co pomyślałam, ale usta oblizałam, chyba niewiele to pomogło, bo diakon, który nas oprowadzał, zerkał na moje błyszczykiem posmarowane usta, zgorszenia jednak w jego wzroku nie zauważyłam . . .Piszę o tym , by przybliżyć obyczaje . . . Bardzo lubię wnętrza cerkwi, bo kryją w sobie wiele tajemnicy. . . Wspominałam już, że w czasie pielgrzymki cierpiałam. . . Ci, co byli widzieli . . . Widocznie miałam tego doświadczyć. Nic nie dzieje się bez powodu. Mimo bólu  uśmiechałam się. Przynajmniej tyle. Chwilami nie wytrzymywałam, a w cerkwi nie ma, gdzie usiąść. Po dwóch  bokach stały fotele. Usiadłam na jednym . Nie na długo. Zaraz  podeszła kobieta i zwróciła uwagę ,że to miejsce dla „ batiuszki”, kobiecie nie wolno na nim siadać , bo nieczysta. . . Odpowiedziałam – „ ten batiuszka może być bardziej nieczysty ode mnie , a ja „bolena. . .” Uśmiechnęła się.  Zauważyli i słyszeli to  robotnicy,  i zaprosili do siebie na ławkę. . . Nie tak źle. Wszędzie są ludzie i ludziska. . . Krystyna.

 


Podziel się

komentarze (1) | dodaj komentarz

Relacja z pielgrzymki...

wtorek, 09 września 2008 21:14

 

 Zamek w Olesku na starej grafice

 

 

 

Jak zostałam królową . . .

 

 

 

Olesko, ukr. Ołeśko nad Liberią, dopływem Styru, składa się z dwóch ulic -  Szewczenki i Zamkowej.  W  Olesku urodzili się dwaj królowie polscy -  Jan III Sobieski (1629r.) i Michał Korybut Wiśniowiecki (1639r.).

W 1352 r. po najeździe litewskim spłonął pierwszy gród, mający doskonałe warunki obronne. W twierdzy z miłości do Marii Daniłowiczówny samobójstwo popełnił Adam Żółkiewski.

Kto teraz popełnia takie samobójstwa bezsensowne ale romantyczne . . .

Twierdzę odbudowano pod koniec XIV wieku. W 1432 r. zdobyta przez Władysława Jagiełłę, została przyłączona do Polski. Jan Sienna był jej pierwszym właścicielem

z nadania królewskiego. Zamek w Olesku zamieszkiwały najznakomitsze rody – Herbutów, Daniłowiczów, Koniecpolskich, Sobieskich i Rzewuskich.

W  XVI wieku wzniesiono renesansowa rezydencję dostosowaną do kształtu wzgórza. Zamek składa się z dwóch skrzydeł podzielonych dziedzińcem. Nad bramą umieszczona jest tablica herbowa Jana Daniłowicza, wojewody ruskiego, którego sumptem wzniesiono zamek. Jan III Sobieski nie szczędził wysiłku, by stać się właścicielem zamku, w którym się urodził. Po jego śmierci zamieszkała w nim

Maria Kazimiera. W 1892 r. zamek stał się pamiątką narodową. Prace konserwatorskie trwały w nim do drugiej wojny światowej. Po wojnie zniszczony, został ponownie odbudowany. Obecnie mieści się tam muzeum z ekspozycją ukazującą  sztukę dworską z XVII i XVIII wieku.

Ze wzgórza zamkowego roztacza się piękny widok na okolicę.

Poczułam się tam,  jakby te czasy na krótką chwilę powróciły, a to za sprawą dwojga ludzi, którzy wymyślili sentymentalną usługę dla turystów.

Bryczka z przystrojonym koniem. Powozi kobieta ubrana w strój kozacki, jako że Jan III Sobieski miał na „usługach” również wiernych mu Kozaków ukraińskich.

Zachęcam do historii . . . , nie zamierzam głosić wykładu na ten temat.

Wracam do konika.  Mam zdjęcie z nim, zrobione moją „komórką”, aparatu fotograficznego nie chciało mi się dźwigać , bo torebka i tak była ciężka od kosmetyków i biżuterii na zmianę, więc postanowiłam, odłączyć się od grupy, gdyż kawałek pod górę trzeba było iść, a i tak wiedziałam, co tam będzie do oglądania . Wybrałam przyjemniejszą atrakcję .

Nic to . . . Pani Eugenia z Taszkientu, obecnie w roli stangreta, studiowała pedagogikę w Warszawie. Jej mąż Polak, Mieczysław Teśluk, pochodzi z tych stron , studiował teologię i filozofię na KUL – u , opowiada o nim z zapałem , zadowolona, że znalazła ochotniczkę na przejażdżkę.  Doskonale zna historię tych ziem i zamku. Objeżdża zamek dookoła, potem wraca tą samą drogą. Zachwycam się widokami i przejażdżką, która ponownie odbyła się tą samą drogą  z miłą sercu osobą. . .

To nie koniec przyjemności. Eugenia zaprasza mnie, by do nich przyjechać, mają dużo miejsca, aż siedem „komnat”. . . Mieczysław Teśluk sprzedaje za niewielkie pieniądze, napisany cyrylicą „przywilej” dla arystokracji.  Kobiety mogą sobie wybrać tytuł – księżnej , hrabiny albo baronowej.  Ustawia się kolejka chętnych kobiet, jedne chcą być hrabinami, inne księżnymi. Kobiety łatwo się decydują, najchętniej chcą być księżnymi.  Nie mogę się zdecydować, bo wszystkie tytuły mi się podobają, więc proszę p. Teśluka, przebranego w strój szlachecki, by zadecydował za mnie.  Spojrzał i powiedział – „Pani może być tylko królową.”. . .

Tak więc , niespodziewanie dla mnie samej zostałam królową . . .

Nie wierzycie? Mam ten tytuł zapisany imiennie na dokumencie z pieczęcią królewską . . .

Jak na królową przystało,  żegnam Was dostojnym uśmiechem  -  Krystyna.

 

 

 


Podziel się

komentarze (0) | dodaj komentarz

Ach, te kresy . . . ! . . . cd.

piątek, 05 września 2008 15:07

 

Dojeżdżamy do Żółkwi...

Zamek. foto W.Lipiec  Zamek

 

Żółkiew, licząca 13,7 tys. mieszkańców, położona jest na północny zachód od Lwowa. Miasto założone zostało w XVI wieku przez Stanisława Żółkiewskiego Hetmana Koronnego Rzeczypospolitej. W 1994 roku uznano Żółkiew jako zabytkowy kompleks historyczno -architektoniczny. Miasto posiada liczne zabytki m.in. : Zamek Żółkiewski, Żółkiewską Synagogę, Bramę Glińską, Ratusz Miejski, Kościół św. Wawrzyńca.

 

Kolegiata pw. Świętego Wawrzyńca. foto W.Lipiec 

Kolegiata św. Wawrzyńca

 

 

 

 

Synagoga w Żółkwi
Grafika:Zolkiew Synagoga.jpg
Cerkiew drewniana w Żółkwi
To widzieliśmy 28 sierpnia w czwartek. Następnym razem zapraszam do Oleska .
Na moim komputerze w dalszym ciągu blokada, na tym gorzej mi się pracuje, gdy będę mogła pracować na swoim (ten też mój ale tamten bardziej...), opiszę swoje wrażenia...

Podziel się

komentarze (1) | dodaj komentarz

Z moich podróży po Europie . . .

wtorek, 10 czerwca 2008 17:12

 

Herb
Herb Wiednia

 

 

Przeglądałam ostatnio swoje zapiski z wojaży po Europie i odnalazłam w nich

dzienniczek z podroży do Austrii.  Jak Austria to Wiedeń oczywiście.

 

Wiedeń od strony Dunaju. . .

 

Grafika:Donau-Wien-UNOcity.jpg

 

Nie będę z dziennika ściągała , bo nieaktualny, ale po odczytaniu  spisanych wrażeń i za pomocą obrazów wywołanych z pamięci, przywołam w przybliżeniu, to co najistotniejsze, a ponieważ w opisywaniu zabytków się lubuję, myślę, że pójdzie mi gładko...  Nie będę też opisywała różnych perypetii, które mnie niemal zawsze w drodze spotykają, ale skupię się na najważniejszym i podzielę na kilka części, by nie przynudzać.  .  .

Mój pierwszy wjazd do Wiednia odbywał się nocą.  Oświetlone, przestrzenne ulice wydały się gościnne, choć zaskoczyły ciszą i pustką.

 

Grafika:Parlament w Wiedniu.jpg

 

Nabrałam zaufania do tego miasta i jego mieszkańców. Takie były pierwsze odczucia podobno najważniejsze, bo rzutują na przyszłe kontakty z danym miejscem lub osobą. 

Najważniejsze zabytki przedstawię w kolejności alfabetycznej , by się nie pogubić, zwłaszcza że w mapie miasta nie najlepiej się poruszam. Umysł mam zajęty dziełami sztuki i bywa, że gubię się nawet w centrum, a drogę odnajduję przy pomocy westchnień do Św. Antoniego.  Nieodzowne. Można w to wierzyć albo nie, mi pomaga, ale na takie fory, u Świętego, trzeba sobie zasłużyć.  

Albertina

 

Grafika:Albertina Wien001.jpg

 

Na początek zaprowadzę do galerii Albertiny założonej przez księcia

Alberta Sasko Cieszyńskiego i jego żonę Marię Krystynę.  

 

 Portrety pary książęcej . . .

 

Albert Sasko-Cieszyński Książę Albert

 

Grafika:Alexander Roslin 002.jpg Maria Krystyna

 

Jeśliby wierzyć w reinkarnację , to kto wie, czy ja nią nie byłam, tzn. księżną, bo skąd we mnie takie zamiłowanie do sztuki i zapędy w tym kierunku, by księżną być. . . i nieważne co  sobie teraz ktoś pomyśli . . .

Zapraszam do tej galerii. a jest tu co oglądać, oj jest. . . 

 

 Maria Teresa Habsburg matka Marii Krystyny, królowa Węgier, Czech, Dalmacji i Slowenii

Bo jak tu nie zawyć z podziwu, gdy na własne oczy widzisz zbiory akwareli, akwafort i rysunków,  m.in. Rafaela, Rembrandta, Durera, i Egona Schielego a także

prace - Leonardo da Vinci, Michała Anioła, Rubensa, Picasso, Matisse . . .

 

Z muzeum . . .

Pastell auf Papier<br>  Albertina, Wien - Dauerleihgabe der Sammlung Batliner<br>

Albertina, Wien - Dauerleihgabe der Sammlung Batliner
" Pierre August Renoir

 

 

 Succession Picasso/VBK Wien, 2007
Albertina, Wien - Dauerleihgabe der Sammlung Batliner " Pablo Picasso

 

 

    VBK Wien, 2007
Albertina, Wien - Dauerleihgabe der Sammlung Batliner  Marc Chagall

 

Gouache auf Papier<BR>  © VBK Wien, 2007<BR>  Albertina, Wien – Dauerleihgabe der Sammlung Batliner

 

Na temat tych dzieł niech wypowiedzą się historycy sztuki, moja skromna osoba

co  najwyżej może pozachwycać się .  Tak jest. Było. Będzie. . .


Podziel się

komentarze (5) | dodaj komentarz

Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy i nie ja, to wymyśliłam...

poniedziałek, 12 listopada 2007 0:18

 


06. października. Wenecja.

Borg Vik za sztukę - ,,Podróż do Wenecji" w 1992 r. otrzymała nagrodę im. Ibsena. Bohaterami są leciwi małżonkowie. Chciałabym zestarzeć się jak oni. Zaraz napiszę dlaczego. On słabo widzi. Ona niewiele słyszy. Edith i Oskar Tellmanowie. Nie poddają się starości. Żyją wizją wymyślonego przez siebie świata. Podróżują w wyobraźni. W swoim mieszkaniu, pełnym urzekających bibelotów, zwiedzają świat. Któregoś dnia wybrali się do Wenecji. Na placu Świętego Marka, w kawiarni wypijają wino. Jedzą spaghetti. A my? Byliśmy tam, ale tego włoskiego specjału nie jedliśmy (w innych miejscach tak). Nie wiem, może ktoś i jadł, ja nie. Przysiadłam jedynie na chwilę w Ristorante Enoteca, by nabrać tchu na dalszą wędrówkę... Uwaga! We Włoszech za stolik się płaci, trzeba coś zamówić, jak zwykle poprosiłam o wino... Taki moment zatrzymania jest potrzebny, by móc na spokojnie rozważyć, co się zobaczyło. A było tego wiele - gondole (celowo wymieniam jako pierwsze, bo coraz ich mniej...) Czujecie nostalgię w mym głosie? Łodzie. Tramwaje wodne. Promy. W VI wieku na bagnistej lagunie i jej wysepkach osiedlili się mieszkańcy miast rzymskich z obawy przed napadem plemion germańskich. Wenecja - takie muzeum architektury pod gołym niebem... Wybaczcie te wielokropki, bardzo je lubię! Pośród licznych gołębi na placu Św. Marka - Pizza San Marco spotykają się ludzie z całego świata, podobnie jak w Rzymie. Najważniejsze miejsce w Wenecji - Bazylika św. Marka ze szczątkami św. Marka Ewangelisty, przywiezionymi przez kupców weneckich w 828 roku z Aleksandrii. Długa kolejka do świątyni, wejście płatne. Rezygnuję, byłam tam poprzednio. Nie znoszę kolejek, zwłaszcza do kościoła...? Pałac Dożów - Palazzo Ducale, rezydencja dożów i siedziba władz weneckich, lśni jak perła w przepysznej architekturze miasta kanałów z mostami. Najbardziej popularnym jest Most Westchnień, do tej pory, jak się dobrze wsłuchać, unoszą się westchnienia skazańców prowadzonych tędy do więzienia... Główną arterią wodną miasta jest Kanał Grande, od Piazale Roma do placu Św. Marka i dzieli Wenecję na dwie części. Wzdłuż kanału bogaci wenecjanie zbudowali swe pałace ( trzeba być w czepku urodzonym, żeby w pałacu mieszkać, też bym chciała, a tu nic, nie zasłużyłam, czy co? - taka dygresja skierowana do mnie...) Idziemy dalej...( i jak tu obejść się bez mego ulubionego znaku przestankowego?) . Czy nadążacie za mną, bo ja, już się pogubiłam. Wąskie uliczki, nawet takie, że odległość między naprzeciwko stojącymi domami wynosi około metra. Okna zaglądają do okien. Dlatego i nie tylko, zasłonięte roletami. Tak po ciemku cały dzień? Brakuje przestrzeni. A jednak, właśnie, dlatego pięknie. Mogłabym tam mieszkać, unoszona falami do nieba... Zabytki Wenecji poznawaliśmy na ,, własną rękę, każdy chodził, gdzie chciał". Mnie to odpowiadało. Dzięki za to naszemu wspaniałemu X Maciejowi, kapłanowi z wyjątkową charyzmą. Jacy wspaniali są rodzice takiego syna! Dziękuję! Zatem, chodząc własnymi drogami, ,,,zaliczyłam" kilka przepięknych kościołów. Wdzięczna jestem Stwórcy za to , że obdarzył mnie największym skarbem, jaki mógł mi dać - czuję piękno aż do bólu... Jeszcze ponudzę. Kto chce niech czyta, a kto nie, to nie. Moja przyjaciółka z lat szkolnych - Grażynka, będzie zachwycona, to do niej adresuję te słowa ... Nikt tak pięknie nie potrafi, zachwycać się jak Ona...  Wracam do kościołów - Santa Maria Gloria, San Giovanni e Paulo, San Zaccaria, Kościół Santa Maria Della Salute. Wybaczcie, nie zachowałam chronologii wejść, najzwyczajniej - nie pamiętam. W tym ostatnim byłam chyba na początku, ale czy to ważne? Z jednego mnie grzecznie wyproszono, bo w czasie sjesty kościoły zamykają. W naszej kulturze to niemożliwe. Dlatego też, jestem przeciwna wszelkim biletom wstępu do kościołów. Powiecie takie czasy. Pieniądze potrzebne na renowację, etc. Nie tędy droga! Kościół ma być otwarty dla wszystkich. Czy Wam się to podoba, czy nie - tak piszę!!! Wenecja to nie tylko kościoły. To także raj dla kobiet, chociażby takich jak ja. Powiecie, co ona wypisuje...? A wypisuje! Oczu oderwać nie można od tych licznych błyskotek, słynnych weneckich masek, misternej biżuterii. Mówię do żony kuzyna - ,, zatrzymajmy się tu, spójrz, jakie to śliczne ... a Ona mi mówi, wszędzie takie same maski i wszystko inne." A ja zdziwiona - jak to?, za każdym razem inne. I myślę, czy ona tego nie widzi? Moja towarzyszka myśli tylko o tym, żeby się nie zgubić. A czasami warto zgubić się, by znaleźć to, czego nie było... Mówi - ,,W dodatku co kawałek kanały, a jak cuchną..." Ja Jej na to - ,, ale cuchną inaczej i cały urok Wenecji właśnie w nich". Patrzy na mnie jakoś tak dziwnie... Nie szkodzi. Chciałoby się odpowiedzieć przysłowiem, ale nie wypada. Pożegnaliśmy Wenecję łzami wzruszenia, a ona nas rzęsistą ulewą. A prosto z Wenecji do ... .

 


Podziel się

komentarze (4) | dodaj komentarz

05 pażdziernika - Loreto i Padwa

sobota, 10 listopada 2007 0:39

 

Miałam wujka, który był w różnych miejscach na świecie. Opowiadał kiedyś o Loreto tak dokładnie, że zapamiętałam do dzisiaj. Nie byłam więc zbytnio zaskoczona tym, co zobaczyłam, bo było w mym widzeniu echo jego zauroczenia tym miejscem. Gdyby ktoś zapytał, który kościół najbardziej mi się podobał, odpowiedziałabym bez wahania - bazylika w Loreto. Najsmutniejsze jest to, że byliśmy we wnętrzu bazyliki około piętnastu minut, a to stanowczo za mało, by wszystkiemu z bliska można było dokładniej przyjrzeć się. Wcześniej były w niej odprawiane uroczystości żałobne związane z pochówkiem S. Ecc. Mons. Gianni Danzi . Dlatego dość długo czekaliśmy na placu Madonny, przy którym znajduje się Pałac Apostolski. Loreto jest miejscem kultu Maryjnego, w bazylice z XV w. znajduje się nazaretański dom Maryi - „Święty Dom", przywieziony w r. 1224 do Loreto. Na życzenie Juliusza II (XVI w.) domek obudowano marmurem. Bazylika ma kształt twierdzy. Na drzwiach z brązu sceny z Biblii. Wnętrze w kształcie krzyża łacińskiego ma dwanaście kaplic. Nie wymienię nazw kaplic i ich wystroju , zachęcam do zapoznania się z tym tematem. Kopuła przedstawia symboliczne wezwania z litanii loretańskiej oraz historię dogmatu Niepokalanego Poczęcia Maryi. Czułam się tam jak w przedsionku nieba. Wszystko było takie piękne. . . Od szosy adriatyckiej wzdłuż cmentarza prowadzi do bazyliki tzw. „Święta Droga", przy której znajduje się piętnaście kapliczek z piętnastoma tajemnicami różańcowymi. Na końcu, nad polskim cmentarzem, znajduje się Kaplica Chrystusa Ukrzyżowanego, a na pilastrze kaplicy wykuto napis w j. włoskim poświęcony spadochroniarzom Italii. Położony na wzgórzu Cmentarz Polski odbija się w lazurze włoskiego nieba. Jest na nim 1080 grobów polskich żołnierzy z okresu II wojny światowej, którzy bronili sanktuarium. Przypomina o tym pamiątkowa tablica na filarze bazyliki przy polskiej kaplicy. Cmentarz jest bardzo ładnie położony. Trzema tarasami wznosi się w górę aż do bazyliki loretańskiej. Główna brama to wysoki Łuk Pokoju w kształcie renesansowego ołtarza. Na szczycie łuku - duża postać Chrystusa dźwigającego krzyż. Całość wykonano z dalmatyńskiego, białego marmuru. W środku cmentarza umocowano cokół z masztem. Na najwyższym tarasie znajduje się ołtarz z płaskorzeźbą Matki Boskiej Ostrobramskiej, z białego i czerwonego marmuru. U stóp ołtarza - Krzyż Virtuti Militari i płaskorzeźby znaków II Korpusu . W atmosferze zadumy i refleksji wyjechaliśmy w dalszą pielgrzymkową drogę ...

 

 

Najbliższy przystanek - Padwa w prowincji Wenecja z jednym z najstarszych (po Bolonii) uniwersytetów w Europie (1222r.), gdzie wykładał Galileusz, a studiowali - Mikołaj Kopernik, Jan Kochanowski i Jan Zamoyski. W mieście znajdują się liczne renesansowe budowle, słynne freski Giotta i renesansowy pomnik konny Donatella. Jak Padwa to oczywiście romańsko- gotycko- bizantyjska Bazylika św. Antoniego Padewskiego, gdzie gorliwie modliłam się przy Jego grobie. Św. Antoni uczył, że : ,, Bóg nie tylko nas kocha, ale obdarza nas także zdolnością do kochania. Pamiętajmy o tym...


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

W dzień będę zajęta, więc teraz opowiem o pielgrzymce inaczej niż dotąd.

czwartek, 08 listopada 2007 1:04

Panorama Asyżu

 

04. października. Asyż. Uroczystości związane ze św. Franciszkiem. Udział biorą - prezydent i premier Włoch. Nocleg u sióstr polskich.


 

Asyż miasto św. Franciszka i św. Klary. Jak się patrzy z doliny ku górze, to wszystko wydaje się takie baśniowe. Domy jakby wyrastały z siebie jedne za drugimi. Mnie urzekły freski na ścianach budynków. Wszędzie ślady św. Franciszka. W małej kapliczce przy figurze Świętego radośnie gruchotały dwa gołąbki. A róże bez kolców legendą związane ze św. Franciszkiem zachwycały głęboką zielenią liści. Ekologicznie. Jakby sobie tego życzył Franciszek. Gdy przed laty byłam w Jego celi zaniemówiłam na widok szaty, z jutowej tkaniny, którą nosił, prostych sandałów i wyjątkowo skromnego wnętrza. Poczułam wyrzuty sumienia z powodu mojego zamiłowania do ładnych strojów i pięknych wnętrz. Nie zapomnę tego, jak bardzo zapragnęłam ubierać się w taką szatę, ale co ludzie by powiedzieli ? Pewnie byłabym pod obstrzałem większym niż obecnie. Myślę, że byłoby mi do twarzy w takim stroju. Co naturalne to piękne. Przepasana w pasie sznurkiem odwiedzałabym biednych i chorych. Jakie to byłoby cudowne. Wyzwolić się z pęta doczesnych pragnień, które są uciążliwe... Marzenie uskrzydla. Czyż nie? Gorzej ze sprowadzeniem go ze schodów rojeń.
W pierwszym, niewielkim, wybudowanym przez niego i braci, kościółku św. Franciszka poczułam wielkość tego Świętego, którego wielką estymą obdarzają Włosi. Asyż życzliwy licznym turystom i pielgrzymom otwarcie przyjmuje każdego. W środku miasta rozdawano chleb pielgrzymom. Myślę, że to z okazji imienin św. Franciszka.

Kiedyś tak napisałam o św. Franciszku -


Św. Franciszek z Asyżu...

Zgrzebna szata ze sznurkiem.
Jak worek obciążony znojem.
Proste sandały, różaniec.
Trochę sprzętów na pamiątkę.
Nędzny wizerunek zakonnika.
Wraca do nas szeptem modlitwy.
Sercem światło rozdziela jak chleb.
Blaskiem czynów daje moc niepojętą.
Razem z ptakami w locie do piękna.
Św. Franciszek, biedaczyna z Asyżu,
namawia do swego szczęścia...


Podziel się

komentarze (4) | dodaj komentarz

Nowy bloczek nad wpisami

czwartek, 21 września 2017

Nowy blooczek w narzędziach.http://www.liiil.pl/promujnotke
Nowy blooczek w narzędziach.
Nowy blooczek w narzędziach.

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Galerie

O mnie

Jestem - miłośniczką poezji,literatury, historii sztuki, muzyki
i wszelkich sztuk pięknych... Kocham ludzi, przyrodę, a nade wszystko Stwórcę tego wszystkiego... Krystyna
Moje imiona blogowe to Laura, Ais, Christine, Krysta.
Zapraszam do czytania moich blogów.

O moim bloogu

Wiersze , proza. Rożnorodność tematyki

Archiwum

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 1453520
Wpisy
  • liczba: 3615
  • komentarze: 26299
Galerie
  • liczba zdjęć: 154
  • komentarze: 112
Punkty konkursowe: 100
Bloog istnieje od: 3818 dni